|
|
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
(rozdziały 1-10) (rozdziały 11-20) (rozdziały 21-...)
Rozdział 11
„Bój to jest nasz ostatni Krwawy skończy się trud Gdy legion nasz bratni Wypleni orczy ród...” Atmosfera gęstniała. W rozgrzanych głowach szumiało coraz bardziej. Łucja, która miała już mocno w czubie, wskoczyła na stół wykonując miły dla oka taniec. Nie obyło się przy tym bez skocznego i łatwo wpadającego w ucho, acz zakazanego przez władze i kościół Hymnu Ghuli:
„Wyklęty powstań ludu ziemi Powstańcie których więzi grób By przede blaski słonecznemi Zgnilizny wszędy toczyć smród...”W najciekawszym momencie, kiedy dochodzili do zwrotki o defloracji przedwcześnie zmarłych panien, a Łucji zaczynało się robić za gorąco w płóciennej koszuli, skończyły się trunki. Zapanowała żałoba. - Nnie ma... - wyjąkał zdziwiony Lokis - oglądając ze wszystkich stron dno pustego dzbana. - Ano nie ma - potwierdził ze smutkiem Michałko potrząsając naczyniem. - Chłoopaki - Łucja najwyraźniej nie miała dosyć - Notsojes chłopaki? Poletsie jeszsze... Panowie spojrzeli po sobie z zakłopotaniem. Wstyd - kobieta cierpiała z pragnienia... - Mmmometsik... - gospodarz zamyślił się chwilę, jego twarz rozjaśniła się w przebłysku zrozumienia - Gosspoda! ...potszekajcie, zaraswrótsę... Gdy tylko drzwi zamknęły się za gościnnym gospodarzem Lokis, jako gentleman, począł umilać Łucji chwile oczekiwania. Spotkał się przy tym z gorącym odzewem, ale na szczęście stolarz robił solidne meble. Stół okazał się być mocnej konstrukcji oraz pozbawiony drzazg i sęków. Nie mniej solidne były krzesła, a kiedy przyszło do podłogi - okazała się być doskonale oheblowana i wcale nie skrzypiąca. ... Po jakimś czasie odzyskał siły na tyle, aby otworzyć oczy. Z wysiłkiem podniósł rękę i przesunął dłonią po mokrym jeszcze od potu, rozgrzanym ciele dziewczyny. Przeciągnęła się jak kotka, mrucząc rozkosznie - nie mając siły się ruszyć, elf przyglądał się jej z przyjemnością. Miał ochotę zapaść się w te mięciutkie krągłości, wtulić się i zasnąć... Zasnąć na zawsze... - Kkochanie - cudowny, ale nie znoszący sprzeciwu głos przywołał go do rzeczywistości - Kochanie, jestem taka sspragniona... Pszynieśś mi tsoś do picia... Powłóczyste, chociaż nieco mętne spojrzenie szmaragdowych oczu zadziałało na niego hipnotyzująco. Sam nie wiedząc kiedy podciągnął portki, wdział koszulę i dzierżąc pusty dzban wyszedł na zewnątrz. Zimne, nocne powietrze podziałało na niego trzeźwiąco... Niejasno zdał sobie sprawę, że gospodarz już dawno powinien był wrócić. Potrząsnął głową usiłując otrzeźwić swój sponiewierany rozum i ostrożnie ruszył w stronę najbliższego budynku.
![]() Pisk nietoperza tłukącego o okiennicę obudził Ismaila. Natychmiast zerwał się na nogi sięgając po klingę leżącą na podorędziu. Przekrwione białka oczu błysnęły w ciemnościach. Kiedy zidentyfikował źródło hałasu odłożył broń, zaklął cicho po arabsku i otworzył okno. Nietoperz trzepocząc wleciał do środka, okrążył biurko i zawisł pod sufitem w najciemniejszym kącie pokoju. Ismail podrapał się po brodzie, jeszcze raz przestudiował notatkę wydobytą z maleńkiej tulejki, po czym zanurzył ostre pióro w kałamarzu. Powoli, pewną ręką zaczął kreślić maleńkie literki na odwrocie skrawka papieru... Kiedy skończył i umieścił wiadomość w tulejce, zdmuchnął świecę i przywołał nocnego kuriera...
![]() Śmierdziel nie był pocieszony - nie dość, że nie mógł zabawić się z tamtym bezczelnym pijaczkiem, to jeszcze przegrał cały ostatni żołd. Mógł tylko patrzeć na rozradowane córki gospodarza lgnące do jego kolegów mających większe szczęście w kartach. Zmęłł przekleństwo w ustach i postanowił, że najwyższy czas zakończyć ten podły dzień. Ruszył po schodach w górę, ale w drodze do pokoju zderzył się z szefem, ubranym w podróżne ubranie i uzbrojonym po zęby. - Zmiana planów, Śmierdziel. Wyjeżdzamy dziś w nocy - rzucił Ismail i ruszył w dół schodów. - Ale... jak to? - myśl o ciepłym posłaniu rozwiewała się jak obłoczek dymu - Co jest, Szefie? - Zamknij jadaczkę, Śmierdziel i idź zbudzić chłopaków. Za pół godziny nas tu nie ma.
![]() Lokis wyglądał zza węgła obserwując zbierających się do odjazdu. Nie byli to ludzie o zdrowych zmysłach - nikt inny nie wyruszałby w podróż o takiej porze, ale nie można było odmówić im dyscypliny. Cicho, mimo panujących ciemności, szybko i sprawnie zebrali się do kupy, zaprzęgli wóz i osiodłali konie. Do przyglądającego się oberżysty podszedł jeden z jeźdźców i zamienił z nim kilka słów. Ten cofnął się nagle, jakby porażony i nie oglądając się zniknął w drzwiach gospody. Pięcioosobowa eskorta dosiadła wierzchowców a dwukonny wóz wytoczył się na trakt wiodący do Twin Hills. Na czele jechał dowódca - jego sylwetka wydała się elfowi skądś znajoma... Tknięty przeczuciem, nie zważając na niebezpieczeństwo ujawnienia się spojrzał na jego twarz, kiedy wóz mijał budynek za którym się skrył... Nie otrząsnął się jeszcze z szoku, kiedy usłyszał od strony oberży krzyk, który rozdarł ciszę nocy.
Rozdział 12 Nie wiem. Nie analizuję tego i nie sądzę siebie, innym też odmawiam tego prawa. Ograniczam się tu do ścisłej relacji z tego co się działo, aczkolwiek pojmuję, iż może się to wydać nieprawdopodobne. Nie potrzebuję słuchaczy. Nie wymagam ślepej akceptacji. To co tu opowiadam jest świadectwem jakie tamtym wydarzeniom dały moje zmysły i dusza. I niech tak zostanie. Stolarz miał plebejskie imię Michałko. Z początku nieufnie na mnie patrzył, ale po pewnym czasie dał sobie spokój z uprzedzeniami i zawiązaliśmy braterską komitywę. Częstował winem, dobrym czerwonym winem. Łucja okazała się być bardzo wesołą i towarzyską osobą; przy wtórze przyśpiewek i przekomarzania płynął nam czas. Gdy skończyło się wino Michałko bełkocząc coś pod nosem poszedł do gospody po parę dzbanuszków. Łucja i ja podochoceni uprzednią zabawą poczęliśmy się tulić do siebie i mizdrzyć na wszelkie sposoby co skończyło się w jedyny możliwy do przewidzenia sposób - otarciem mych kolan o posadzkę chałupy stolarza. Potem wyczerpany zasnąłem. Obudziło mnie zimno i niewyraźne jęczenie Łucji. Domagała się wina. Bolała mnie głowa. Nie mniej byłem już w stanie jako-tako myśleć. Podniosłem się z Łucji i nieprzytomnym wzrokiem rozejrzałem się wokoło. Gospodarza ani śladu, nie widać też było dzbanów, które wziął ze sobą na wymianę do gospody. Nasze ciuchy walały się porozrzucane po całej izbie, przemieszane z bronią, jedzeniem i rybimi pęcherzami. Nieprzyjemnie śmierdziało. Zrezygnowany pozbierałem swe ubrania, założyłem byle jak na siebie i wyszedłem pod studnię nalać na siebie jakieś pół jeziora. Trochę mi to pomogło - trzeźwieję szybko. Wróciłem do izby. Łucja spała leżąc na wznak, cała naga z bezwstydnie rozrzuconymi nogami. Zakląłem - nie lubię jak się panny łajdaczą. Postąpiłem nierozsądnie jako że obudziłem ją. Z jej słów wynikało, że ma ochotę się połajdaczyć. Już miałem jej ulec - w końcu łajdaczenie się nie może być oceniane tak jednostronnie negatywnie - ale znowu się jej odwidziało i ponownie zażądała wina. Teraz to już byłem naprawdę zły. Rzuciłem jej ubranie i kazałem się ubrać. Wyśmiała mnie a potem powiedziała, że jak nie przyniosę jej zaraz wina to mi jaja odstrzeli. Pamiętając jak sprawnie posługiwała się łukiem skapitulowałem i smętnie powlokłem się na drugi koniec wiochy ku gospodzie. Noc była raczej jasna, Księżyc w pierwszej kwadrze i bezchmurne niebo dawały akurat tyle światła by się nie potknąć o własne nogi czy jakieś złośliwe korzenie. Nie zapominając o ostrożności wziąłem ze sobą noże chowając jeden do buta, a drugi do prawego rękawa. Za paskiem miałem zatknięty mój mieczyk, ale wywaliłem koszulę na wierzch aby się w gospodzie za bardzo nie rzucał w oczy. Podchodząc do zajazdu zobaczyłem jakieś zamieszanie. Paru zbrojnych gotowało się do drogi. Z ich ruchów i z faktu, że nie potrzebowali wielu słów by w sprawny i szybki sposób zaprząc i załadować wóz wnioskowałem, że nie są to pijani chłopi ani kupcy. Ani chybi wojskowi albo zorganizowana paczka bandziorów. Należało się cieszyć, że najwidoczniej opuszczają to miejsce. Jeden z nich nie brał udziału w załadunku, ale stał sobie z boku, w półcieniu, oparty o ścianę zajazdu bawił się zakrzywionym nożem. Podszedł do niego pulchny facet w białym fartuchu i coś mu powiedział. Gość nie podnosząc głowy odpowiedział grubasowi. Gruby podskoczył jakby go szpilką w zad ukłuli po czym szybciutko wrócił do gospody zamykając za sobą drzwi. Facet z kindżałem oderwał się od ściany, splunął i coś krzyknął do swych kompanów przy wozie. Odpowiedział mu jeden z nich, krótko, zwięźle. Niepomny na ewentualne niebezpieczeństwo podszedłem trochę bliżej. Wydało mi się nagle, że już tego ich szefa gdzieś widziałem... I byłem pewien, że nie chciałem go już więcej zobaczyć. Wskoczyli na konie. Gość z nożem wydał komendę i wóz z furkotem potoczył się po bitej drodze w stronę Twin Hills. W tym momencie z gospody dobiegł głośny krzyk. Mężczyzna jadący na czele obejrzał się i wtedy zobaczyłem jego twarz. To był on. Niestety, ale nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Któryś z konnych powiedział coś do reszty, odpowiedział mu głośny wybuch śmiechu, który został przerwany warknięciem mojego znajomego. Galopujące konie uniosły wóz za zakręt i dalej hen, w stronę Twin Hills. Z mocnym postanowieniem wyniesienia się stąd następnego ranka wkroczyłem do gospody. Nikogo w niej nie zastałem. Albo miejscowi nie lubili przesiadywać nocami w wyszynkach, albo towarzystwo, które właśnie sobie pojechało wypłoszyło wszystkich gości. Z niewiadomych dla mnie przyczyn przekonany byłem o prawdziwości drugiej wersji. - Jest tu kto? - zawołałem, ale nie było odpowiedzi. Dziwne, przed chwilą ledwie gospodarz wszedł do środka. Podszedłem do kontuaru. Usłyszałem z zaplecza cichutkie chlipanie. - Hej! Dawaj tu sam!- krzyknąłem. Nikt się nie pokazał. Zdenerwowany i śpiący wszedłem za kontuar. Na zapleczu znalazłem płaczącego karczmarza. Trząsł się cały i zdawał się być koszmarnie przerażony. Z pewnością ci z wozu napędzili mu takiego stracha. Z tym, że jak wyszedł z gospody to wydawał się być w normalnym stanie. Ki bies? Ten z nożem? - No, nie mazgaj się... Duży chłopak, no - próbowałem go pocieszyć. Niestety, znam się na tym jak na rodzeniu rudych gnomów. Facet zignorował mnie zupełnie. Przecież nie będę go głaskał! - No co jest? Ci od wozu cię wnerwili? - spytałem, ale już w momencie zadawania pytania wiedziałem, że popełniłem błąd. Facet wytrzeszczył oczy, zacisnął ręce i spojrzał na mnie dziko. Nie było wątpliwości, że zaraz mnie walnie. Odsunąłem się na bezpieczną odległość i przybrałem pojednawczą minę. - Dobra, jak tam chcesz... Wezmę sobie wina, bo mam na to ochotę. Tu masz zapłatę, starczy - powiedziałem kładąc monety na kontuarze. Wziąłem trzy dzbany. Korzystając ze sposobności rozejrzałem się po sali. Zauważyłem stojące w rogu sali, za kontuarem gary, garnki i garnuszki. Nagle uświadomiłem sobie jaki jestem głodny. Podszedłem, aby zobaczyć co się w nich znajduje i ewentualnie podjeść sobie. Znalazłem trochę sosu mięsnego, buraki z cebulką i jakąś zieleninę. Zjadłem to na szybko bacząc by mazgaj mnie nie zobaczył. Potem zajrzałem do największego garnka. Krew była jeszcze nie zakrzepła. Oczy miał otwarte, usta wykrzywione bólem. Z wyglądu mógł mieć jakieś 14 do 16 lat, był człowiekiem. Ucięto mu głowę tuż nad barkami. Z niewiadomych przyczyn włożono ją do tego gara. Zacząłem rozumieć gospodarza. Zdecydowanie, strach był tym uczuciem, które opanowywało cię jak pomyślałeś o towarzystwie które jeszcze parę chwil temu jadło i piło w tej karczmie. Gwałtownie i definitywnie otrzeźwiałem. Odłożyłem dzbany i wyjąłem mieczyk. W drugą rękę wziąłem nóż. Nie niepokojąc gospodarza obszedłem cały budynek. Na parterze znalazłem przybytek dla służby, stała tam jedna prycza umoszczona sianem. Fujarka, skrzypki, dzbanek piwa, a pod derką drewniany mieczyk - musiał tam mieszkać chłopiec do pomocy. Jak sądziłem był to ten sam, którego głowę makabrycznym żartem umieszczono w garnku. Poza tym była tam kuchnia, sala jadalna, jakaś komórka. Na piętrze znalazłem pokoje mieszkalne. Z tego co się w nich znajdowało wniosłem, że w gospodzie na stałe mieszkał gospodarz i jakieś dwie kobiety, po strojach sądząc młode kobiety. Jedna z nich mogła być elfem lub półelfem, miała bowiem dużą ilość tandetnej i taniej biżuterii z dymionego srebra i zielonych kamieni, zestawu ulubionego przez elfy. Rzeczy porozrzucane były w nieładzie, nie było widać jednak śladu rabunku. W jednym z pokoi na stole stała misa z potrawą, którą widziałem w kuchni, wskazywałoby to na to, że ktoś, jeszcze tego samego, dnia jadł tu obiad lub kolację. Nie mniej nie ulegało wątpliwości, że nikogo w zajeździe oprócz mnie i gospodarza nie było. A więc co się stało z tymi kobietami? Po co zabito chłopca? Zszedłem na dół. Obszedłem jeszcze pobieżnie budynki gospodarskie. Nic ciekawego nie znalazłem, tylko w gnojowniku, na wierzchu pływało ciało chłopaka. Nie wyciągałem go, pochówek zostawiając miejscowym. Powróciłem do środka i próbowałem wydobyć jakieś informacje z gospodarza. Nie dało się z nim gadać, objął kolana rękami i kiwał się w przód i w tył nie odzywając się wcale. Był w szoku. Wcisnąłem mu w rękę zapłatę za wino i poszedłem do domu stolarza. Wracając natknąłem się na niego, leżał niedaleko swego domu ściskając w ręku pogruchotany dzban. Sprawdziłem, żył. Pamiętając negliż Łucji zdecydowałem, że nic mu nie będzie jak się prześpi na dworze, noc była ciepła. Wróciłem do goszczącego nas domu. Podczas mojej nieobecności Łucja ubrała się, niedbale i myląc zapięcia, ale zawsze. Czekając na wino musiała by mocno zła, wydrapała na stole nożem słowo „kutas”. Intuicja podpowiadała mi, że chodziło jej o mnie. Spała i wyglądała ślicznie. Usiadłem za ławą i siedziałem tak pijąc wino, patrząc na nią i przekonując się, że nic mnie nie obchodzi los tych kobiet i śmierć tego chłopaka. Nie mogłem jednak zapomnieć twarzy tamtego człowieka. I innej odciętej głowy, 15 lat temu, nadzianej na pal, na rozstaju dróg. Aby być dokładnym - było to na rozstajnych drogach między Sivonem a Twin Hills.
![]() Upał. Lipcowe popołudnia mają to do siebie, że są jeszcze gorętsze od lipcowych południ nie mówiąc już o rankach. Wieczorów nie brałem pod uwagę, młodość ma to do siebie, że pewne rzeczy selektywnie pomija... Młodość... Kiedy wracam myślą do tamtych dni, kiedy patrzą na siebie mymi jakże teraz zmęczonymi widokiem nieprawości i bólu oczami, widzę innego elfa, elfa dni młodości, takiego jakie chodziły na świecie u zarania dni, gdy panował Worgoth, zanim rodzaj ludzki przybył zza Wielkiej Pustyni i zepchnął nasza rasę do kloaki, w której żyje po dziś dzień... Skrzypienie kół na piasku, śmiech Satruniny, stary Jarema ostrzący swój obosieczny miecz. Jechaliśmy jako obstawa kupieckiej karawany z jakiegoś miasta na południu do Sivonu. Kolejne zlecenie, banalne i słabo płatne, ale przez ostatni rok nie mieliśmy jakoś szczęścia, a i po Wojnie w Dolinie prawa ręka Jaremy nie była tak sprawna jak kiedyś. Lewej nie miał od wczesnej młodości a jego drewniana noga nadżarta przez korniki tez powoli odmawiała mu posłuszeństwa. Nie mniej, był nadal niesamowicie groźny i to raczej ja zawdzięczałem mu ochronę niż on mi wsparcie.... - Lokis, mój chłopcze, pomóż mi w krzaki...- poprosił, a ja zdjąłem go z wozu i postawiłem pod krzaczkiem, aby sobie mógł ulżyć. Przechodząca Saturnina uśmiechając się miło wspięła się na palce i wpięła mi kwiat we włosy. Pogłaskałem dziewczynkę po blond główce. - Idź do mamy - powiedziałem. Madame nie lubiła kiedy Saturnina zadawała się z Jaremą lub ze mną. W jej oczach elf był czymś gorszym od śmiecia, a nasze towarzystwo znosiła jedynie dlatego, że gwarantowaliśmy dobrą i fachową ochronę. A czasy były niebezpieczne... Podrapałem się w skroń... Przekleństwo Jaremy wyrwało mnie z zamyślenia. - Miałeś mnie, kurwa, trzymać!!!! - Pomogłem mu wstać. – Ech, Lokis, chłopcze, przestań marzyć na jawie, młody i ładny jesteś, ale i młodość i urodę łatwo stracić kiedy się pod nogi nie patrzy- moralizował aż zaniósł się suchym kaszlem gruźlika. Zaniosłem go na wóz, podałem miecz i osełkę a sam poszedłem na czoło konwoju. Kawalkada składała się z 18 wozów. My mieliśmy pod opieką trzy, dwa wiozły burdel w postaci Madame, trzech ludzkich i dwu elfich kobiet oraz czwórkę dzieci, jeden należał do małomównego kupca korzennego imieniem Robert, który sprawiał wrażenie, że bardziej bał się nas niż potencjalnych bandytów. Miał rację o tyle, że faktycznie za punkt honoru postawiłem sobie by co noc odciążyć jego wóz z buteleczki wina (a wino miał przednie), podobnie ponoć czynili chłopcy z konkurencji. Nie mniej w biednym filistrze rozsądek jeszcze ciągle brał górę nad chciwością i nie decydował się na samotną podróż przedkładając ocalenie życia nad doraźne zyski. Następne 10 wozów stanowił konwój Padaczki, półelfa, który już kiedyś nas wynajął i nawet niezbyt oszukał przy wypłacie. Tym razem jednak nie wiózł swego towaru, ale pełnił zaszczytną rolę przewoźnika. Jego wozy załadowane były po brzegi przedniej jakości jedwabiem. Chroniło go 10 najemników, nad nimi (i nad Padaczką) stał Platini, człowiek starający się robić miłe wrażenie i nieodparcie kojarzący się ze Śmiercią we własnej osobie. Jego właśni ludzie bali się go jak ognia, bez szemrania wykonywali wszystkie jego rozkazy, w istocie karność zachowywali iście wojskową. Pewnego razu słyszałem jak jeden z jego ludzi, Soroka, zwrócił się do niego per „panie pułkowniku”, ale tamten tylko na niego spojrzał i Soroka zmył się jak niepyszny. Następnego dnia miał dużą siną pręgę na twarzy, przypadały mu też najgorsze godziny warty i najcięższe obowiązki. Padaczka był niepocieszony: - Miałem swój interes. Nawet ostatnio przestałem kantować- mówił gdyśmy się raczyli kolejnym bukłaczkiem z wozu Roberta- aż tu nagle przychodzą od Legata i proszą o księgi. Mój głupi chłopak dał im księgi, a jakże, ale oni, psie juchy tylko się roześmieli i dawaj na zaplecze, i proszą o te co są na serio. No to osobiście im daję te księgi, a oni już się nie śmieją i mówią żebym dawał te prawdziwe, bo jak nie to mi chałupę z dymem puszczą... I tak gadają i jeszcze mi chłopaka zabili, a taki obrotny był, od maleńkości go miałem jak mi żona nieboszczka go po połogu zostawiła... –chlipnął. To był naprawdę okrutny świat- dałem im te księgi, bo co miałem robić. Mówię ci Lokis, mój chłopcze, ktoś mnie nadał, mieli mnie na talerzu, wszystko wiedzieli i szli jak po swoje. Myślałem nawet, że to konkurencja i spaliłem im budę, ale to jednak chyba nie oni. - No więc- kontynuował- wylądowałem w lochu. Po jakimś tygodniu przyszli do mnie i zabrali na górę, umyli, dali jeść i wprowadzili do wielkiej sali w samym Ratuszu. Przyszedł tam taki mały, rudy, śmieszny człowiek bo miał dwa nosy, jeden normalnie, a drugi pod lewym uchem i gada do mnie gadkę, że w końcu mi się noga powinęła, że nieciekawie, że Legat lubi podatki bardziej niż swoją żonę (co akurat nie dziwi, bo stary pierdziel jest pedałem) i jak mu je ktoś kradnie to się bardzo denerwuje. I tak brał mnie pod włos, aż nie wytrzymałem i spytałem się go, rozumiesz, dlaczego wobec tego jeszcze żyję, stary Imperator miał zwyczaj upowszechniać tryb przyspieszony na większość przewinień. Czułem, że coś się święci. I miałem rację, stary powiedział, że mam szansę wymigać się od stryka. Moja robota polegać miałaby na przewiezieniu przez granicę z Bolsa, wolnego miasta, paru rzeczy. Spytałem jakich, na co on powiedział mi, że to nie moja sprawa i że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a co ma wisieć to nie utonie. Propozycję jak sam rozumiesz przyjąłem, nade mną postawili Platiniego i powiem ci, że wolałbym zobaczyć tu Pediego z rodziny Kellych (podobno znowu zamordował dwie wdowy) niż tego sukinsyna... Jest w nim coś... - Nie wiem- ciągnął popiwszy tęgo z bukłaczka- nie wiem dlaczego mnie w to wmieszali. To znaczy, spodziewam się, jak słyszałem do miejskiego muzeum w Bolsie ktoś się włamał i ten ktoś zabrał za sobą pięć płócien Den Granta, nie licząc trzech usieczonych strażników i kustosza, który dostał zawału. Legat jak wiadomo sztuki nie znosi, ale jego żona, która truje mu głowę o jego ostatnie podboje miłosne za Den Grantem szaleje, a że żona była kuzynką starego Imperatora.... Dodałem dwa do dwóch i tak mi się wydaje, że wcale nie jedwabie wiozę, ale skradzione płótna i nie najemnicy go chronią, ale regularne wojsko legata. A ja jeszcze żyję tylko dlatego, że ktoś stwierdził, że jak się na tym szlaku kręcę od 20 lat to nie trzeba mi tak pod spódnice zaglądać jak pierwszej lepszej... A tak naprawdę to mnie męczy, co oni zrobią jak przestanę być im potrzebny... Pilnują mnie, ale nie wiedzą, że ja podejrzewam kto oni są i co wiozą, więc mam szansę. Ale jeszcze nie dziś. Wypłata ma być u bram Sivonu, ładunek zdaję następnego dnia... Zobaczymy...- czknął. Ciekawa opowieść, nie? Pozostałe cztery wozy należały do pomniejszych handlarzy, chroniło ich trzech podobnych mi i Jaremie obdartusów. Szybko się z nimi zaprzyjaźniliśmy, byli z południa, jechali na północ i taki zasób planów na przyszłość uważali za zupełnie wystarczający. Swoich klientów określali mianem fiutów, ich córki już im się znudziły więc zabijali czas grą w karty, piciem wina ukradzionego Robertowi i uwodzeniem ich żon. Trzy dni przed Sivonem posprzeczałem się z Platinim. Poszło o to, że rozmawiałem z Padaczką, potem Padaczka odszedł, a ja oparłem się o jeden z ich wozów czekając, aż uda mu się zwędzić Robertowi wino. Podszedł do mnie Platini, razem ze swoimi gorylami Romario i Gadochą i w brzydkich słowach kazali spływać. Gdybym miał więcej oleju w głowie sypnąłbym, ale byłem już mocno na gazie i postawiłem im się. Okazało się to błędem i to dużym. Kiedy odzyskałem przytomność zobaczyłem Jaremę, który wspierając się na swoim wielkim dwuręcznym mieczu ze znużeniem słuchał tłumaczenia Platiniego powoli kiwając głową. Miecz Jaremy był skrwawiony, a Romario nie miał ręki. Stwierdziwszy, że eskalacja nastrojów należy do przeszłości pozbierałem się ciężko z ziemi i powlokłem do Jaremy. Ten właśnie przerwał Platiniemu i zgodził się, że istotnie ten drobny incydent trzeba puścić w niepamięć, że młodzieńcza brawura i że przecie nic się nie stało (tylko Romario na te słowa poderwał się z ziemi, ale zaraz krzywiąc się z bólu z powrotem na nią opadł pozwalając Deynie i Bońkowi opatrzyć swe rany). Odeszliśmy do naszego wozu gdzie zebrałem solidnie od Jaremy, nie pomogły tłumaczenia, że to oni zaczęli, i że racja była po mojej stronie. - Nie o to chodzi, że przegrałeś - powiedział Jarema- Chodzi o to, że zacząłeś gdy powinieneś był w ogóle nie zaczynać. Podstawą mego przeżycia, mój chłopcze, nie jest ten miecz- to mówiąc pogłaskał potwora leżącego mu na kolanach- ale wiedza o tym, kiedy należy uciekać. Jeżeli tego nie opanujesz, zginąłeś. Są trzy rzeczy, które dają ci szansę zwycięstwa: gniew, strach i agresja. Odpowiednia kombinacja powyższych w zasadniczy sposób podnosi twe widoki na przeżycie. - A tak szczerze mówiąc - ciągnął - to cały czas się zastanawiam, dlaczego mnie poniechali? Wiem na co mnie stać, i wiem, że wie to też Platini, to zawodowiec i to dobry. Obaj wiemy, że nie dałbym rady 10 ludziom. Ale odstąpił, mimo że nikt by mu nic nie zrobił, sprzeczka jakich wiele... Nie wiem.. A ja wiedziałem, że coś jest na tych wozach. Dwa dni przed Sivonem. Wieczór. Poszedłem się odlać, las był blisko. Wszedłem w młodnik i odprężyłem się. Jeszcze dwa dni i dostaniemy naszą zapłatę. Nie było tego dużo, ale starczy do następnego zlecenia, a może jeszcze się coś odłoży. Cieszyłem się poza tym, bo z Jaremą było coś gorzej, kaszlał i przeklinał więcej niż zwykle. W Sivonie mieli dobrych lekarzy, będziemy mieli pieniądze, jakoś to tam będzie. Skończyłem lać i podziwiając Księżyc na dzień przed pełnią powoli wracałem do naszego małego zaimprowizowanego obozowiska. Nagle na tle srebrnej tarczy zobaczyłem pędzący z wielką szybkością cień dużego ptaka. Struś? Ciekawe, o tej porze roku? Ptak zwolnił dokładnie nad naszym obozem i dał nurka. Po cichutku i malutku podszedłem bliżej wstrzymując oddech myśląc, że być może jestem na tropie czegoś ważnego co głupio byłoby przegapić. Oczekiwałem, że niosący pocztę struś (albowiem byłem już pewny, że ptak przenosił wiadomość, wskazywało na to jego zachowanie, poza tym Imperium do przesyłania poczty używało właśnie strusi) podejdzie do namiotu Platiniego, jakież było jednak moje zaskoczenia gdy ptak wsadził głowę do wozu, na którym ostatnimi czasy sypiał Robert. Poprzez płócienne ścianki wozu zobaczyłem lekkie rozjaśnienie jakby ktoś zaświecił sobie małym łuczywkiem, pewnikiem Robert czytał wiadomość. Po paru minutach struś wysunął głowę z namiotu, w pysku trzymał rybę, a na szyi miał przyczepioną na łańcuszku puszkę z metalu. Ptak pożarł rybę, a następnie podskoczył parę razy dla rozgrzewki, zrobił par przysiadów, potem mocno ugiął nogi i wystrzelił w górę. Kiedy był na wysokości jakichś 50 metrów rozwinął swe wielkie skrzydła i poszybował na północ (albo na południe, nie pamiętam już dokładnie). Przypomniałem sobie, że już parokrotnie dziwiłem się widząc na miejscu naszych popasów rybie ości. Nie poświęcałem jednak temu zjawisku zbyt wiele czasu, ginęło w nawale innych wrażeń i nie wydawało się istotne. Postałem jeszcze przez chwilę i już miałem iść do wozu, kiedy od cienia wozu Platiniego oderwała się ciemna sylwetka. Poznałem go, to był Gadocha. Odszedł w tym samym kierunku w którym odleciał ptak. Wykazując się kompletną odpornością na wpajaną mi przez Jaremę wiedzę poszedłem za nim. Szedł prosto, nie oglądając się za siebie, wyraźnie pewien, że nikt go nie śledzi. Po jakiejś godzinie dotarliśmy do małej polanki, droga przecinała ją na wskroś. Ja zatrzymałem się na skraju lasu, przycupnąłem za krzaczkiem i bezwstydnie podglądałem. Na spotkanie mojemu znajomkowi wyszło dwoje ludzi, jeden z nich miał na sobie mundur wojsk Imperium, a drugi cały okutany był w szary płaszcz, tak że nie można było nawet rozpoznać jego płci. Rozmawiali przez chwilę, po czym Gadocha ukłonił się na wschodnią modłę dotykając ziemi czubkiem głowy. Następnie dwoje nieznajomych wróciło na swoją stronę polanki i zagłębiło się w las, a Gadochą poszedł z powrotem do naszego obozu. Odczekałem chwilę i poszedłem za nim . Na jakiś kilometr przed obozowiskiem zmieniłem kierunek i obszedłem obóz wokoło by nikomu nie dawać żadnych podejrzeń, byłem bowiem być może i młody, ale już na tyle dorosły by wiedzieć, że coś tu bardzo śmierdzi. Kiedy podchodziłem do swego wozu niemalże nie zderzyłem się z Platinim. - Nocne spacery, co? - zapytał, a ja cały się zjeżyłem. Podejrzewa coś? - A co cię to obchodzi- odparłem, niezbyt może elokwentnie, ale za to treściwie. - Spokojnie, po co te nerwy... Dogadałem się z twoim towarzyszem, nie ma zwady. - Ano... Skoro tak...- Nie podobał mi się wilk w owczej skórze. - Nic to, wracać trzeba, sen łapać, sen, póki śnić można - zachichotał jakby udał mu się jakiś szczególnie dobry dowcip, klepnął mnie w ramię i odszedł. Długo nie mogłem zasnąć, a kiedy zasypiałem dostatnią myślą jaka mi przeszła przez głowę było aby rano wszystko opowiedzieć Jaremie. Niestety, nie zdążyłem. Następnego dnia ruszyliśmy jak zwykle rano jakieś pięć godzin po wschodzie Słońca. Jechaliśmy właśnie wąskim parowem, do Sivonu było jakieś 20 kilometrów. Nasz wóz był przedostatni Jarema starał się zasnąć bowiem ciągły kaszel nie pozwalał mu normalnie funkcjonować. Ja rozmyślałem na co wydam zarobiona kasę. Dzieci darły się na sąsiednim wozie, kurwy darły się na dzieci, a ja w końcu nie wytrzymałem i wydarłem się na całe stado tylko po to by wszyscy zaczęli mnie przeklinać, a dzieciaki strzelać ze we mnie z procy. Około południa drogę zastąpiło nam 30 zbrojnych jezdnych. Szybko wjechali między wozy i obstawili je wszystkie, przy każdym wozie zatrzymał się jeden jeździec, pięciu z tyłu, pięciu na początku a ponadto 10 przy wozach Platiniego. Popatrzałem na Padaczkę. Był przerażony. Jeźdźcy mieli uniformy gwardii Wolnego Miasta Bols. Obudziłem Jaremę. Szybko ocenił wzrokiem sytuację. Już poprzednio mówiłem mu o podejrzeniach Padaczki. – Padaczka miał rację, chyba- szepnął- bądź w pogotowiu i szykuj się... Może być gorąco. Ale do niczego się nie mieszaj. Nie miałem najmniejszego zamiaru mieszać się do czegokolwiek. Siedziałem cicho na koźle, broń przez zapomnienie zostawiłem na wozie z tyłu za sobą i sięgnięcie po nią obecnie nie było możliwe jako że milczący jeździec koło nas miał swoją szablę w pogotowiu i z pewnością dostałby i mnie i Jaremę zanim przynajmniej dotknęlibyśmy broni. Myślałem. Wokół nagle stało się bardzo, bardzo cicho. Jeden z jeźdźców podjechał do wozu Roberta i rzekł: - Kapitan Drewno. - Tak jest. Trójka. A pan?... - Siódemka. Wedle zlecenia. - Dobrze... Bardzo dobrze. - Czy wszystko?... - Obrazy są na drugim wozie. Proszę je zabezpieczyć. Platiniego i resztę jego ludzi skuć. Inni raczej nie są zamieszani, ale miejcie na nich baczenie. Zabrać im broń. Wszystkim. - Tak jest. Jarema pochylił się do mnie i mruknął: - Coś tu nie tak... - Dlaczego? - Pamiętasz Bols? - Pamiętam? - Czy wojsko lub milicja miało tam na stanie szable? Nie miało. Coś tu bardzo śmierdziało. Człowiek siedzący obok nas na koniu spytał się nas szorstko o broń. Odpowiedzieliśmy, że jest w wozie. Uznał, że chwilowo nie jesteśmy niebezpieczni. Kapitan Drewno vel Robert podszedł tymczasem do Platiniego, który stał w otoczeniu. - Drewno, tajna milicja Bolsa. Jest pan aresztowany. Pańscy ludzie także. Poddajcie się, nie róbcie kłopotów, a może nie będziecie wisieć. - Co mi się zarzuca? - spokojnym głosem odparł Platini. - Kradzież obrazów z Bolsa, a być może także i trzy morderstwa. To zależy od wyników... śledztwa- ślad uśmiechu przemknął przez twarz agenta. - To chyba jakieś nieporozumienie - odparł Platini. Wszyscy jego ludzie stali w szeregu z jednej strony drogi, po drugiej stali jezdni pilnujący wozów. - Jak ci powiem, uciekaj- rzekł cicho Jarema. - Ale.. - Żadnego ale. Rzekłem. Tymczasem Drewno podszedł do wozu i podniósł plandekę. Zajrzał do wnętrza. - Siódemka, proszę mi tu poświecić... Dziękuję - chwilę grzebał w środku. Potem usłyszałem trzask, wyciągnął z wnętrza jakąś deskę, a zaraz potem dużą drewnianą tuleję. Odkorkował ją. Zajrzał do niej, uśmiechnął się i powiedział: - Widzisz Platini... Koniec meczu. - Taaaa... - powiedział Platini i dał niedbały znak dłonią. Siódemka stojący obok Drewna beznamiętnie, szeroko ciął kapitana prosto w skroń. Inni, zarówno żołnierze jak i ludzie Platiniego nie okazali po sobie zdziwienia. Drewno zatoczył się i padł na ziemię. - Taaaa...- Powtórzył Platini. Obrócił się twarzą w naszą stronę. Przez chwilę patrzał na mnie. A potem: - Wykończyć ich. Wszystkich. W tym momencie wypadki nagle przyspieszyły. Jarema wrzasnął „teraz!” i rzucił skądś wydobytym sztyletem w jeźdźca obok nas. Nie trafił dobrze, sztylet uderzył żołnierza rękojeścią w głowę. Wojskowy zatoczył się w siodle i spiął konia, ten najpierw przysiadł na zadzie, a potem wierzgnął. Przebudzili się tez trzej najemnicy z czterech wozów przed nami, widząc śmierć zaglądającą im w oczy rzucili się z pazurami na żołnierzy. Natychmiast zaczęła się masakra, stosunek sił był jak 10 do jednego. Posłuszny rozkazowi Jaremy stoczyłem się z kozła na ziemię i poturlałem pod wóz. Tu przez chwil byłem bezpieczny. Od zbocza oddzielał mnie zestaw czterech rozbrykanych końskich kopyt, które niepomne na napomknienia jeźdźca odtańczały swoją autorską wersję tańca Świętego Wita. Z drugiej strony zbliżało się dwóch pieszych, zapewne ktoś od Platiniego. Słuchać było krzyki, napastnicy nie dawali pardonu ni kobietom ni dzieciom. To ci dopiero była rzeź. Wyczekałem odpowiedni moment i wyskoczyłem spod wozu. Człowiek Platiniego zdążył już uspokoić konia, ale jeszcze nie doszedł do siebie. Złapałem go za nogę i ściągnąłem na dół. Zabrałem mu jego szablę i zabiłem go nią. Usłyszałem jak Platini krzyczy do swoich by mnie dostali. Nie było sensu uciekać konno, tłok był za duży- jedyna droga prowadziła w gorę zbocza i w las, tam mnie nie mogli gonić konno, zresztą w lesie miałem nad nimi przewagę- wychowałem się w nim. Ale nie mogłem zostawić Jaremy. On jakby przeczuwał- - Uciekaj, głupcze!- wrzasnął i rzucił następnym nożem w najbliższego z ludzi Platiniego. Wydarłem w górę zbocza. Trawa była śliska, a ja czułem jak moje plecy rosną i rosną. Koło mnie wbił się w ziemie nóż. Przyspieszyłem jeszcze bardziej. W końcu zarośla, krzaki, las. Za mną odgłosy pogoni, a w pewnym momencie chrapliwy krzyk Jaremy. Uciekłem im, nie mieli szans w lesie. Jednego nawet udusiłem pod bokiem jego towarzyszy. Dużo się jeszcze potem słyszało o tej sprawie, bankier Lazarius, którego kantor ubezpieczał obrazy odmówił wypłaty odszkodowania bowiem na miejscu zdarzenia znaleziono pośród ciał kupców, kobiet i dzieci ciała trzech ludzi w uniformach formacji Wolnego Miasta Bols. Oczywiście Rada Miasta wszystkiemu zaprzeczyła, utrzymywali, że ci ludzie nigdy u nich nie służyli, ale nikt w to nie uwierzył, dla wszystkich jasne było, że chcieli wyłudzić odszkodowanie. Obrazów zresztą i tak nie znaleziono, podobnie jak nie znaleziono reszty opryszków. Pozycja Rady znacznie spadła, wzrosła pozycja diuka Mruka, który jakieś cztery lata później przejął władzę w mieście i to za wydatnym poparciem kantoru wymiany Lazariusa. Wiedziałem o tym gdyż ogłosili zaciąg najemników, żołd wypłacali ludzie, o których wiedziało się, że chodzą na smyczy Lazariusa. Słyszało się też, że Lazarius miał jakiegoś cichego wspólnika, nie byłoby go bowiem stać na tak duże wydatki. Jednym słowem sprawa miała szerokie reperkusje i śmierdziała jak kibel. Po pewnym czasie wróciłem na miejsce tragedii. Założyłem, że napastnicy nie będą czekać na mnie, znajdowaliśmy się przecież 20 kilometrów od Sivonu, w każdej chwili mógł ktoś nadjechać. Ostrożnie zsunąłem się ze skarpy. Wszyscy zabici, nie oszczędzili nawet dzieci, Saturnina miała poderżnięte gardło, Padaczka takoż, część spalili w wozach, pogorzelisko jeszcze dymiło. Jarema leżał na ziemi koło wozu. Podszedłem bliżej. Obcięli mu głowę. Tkwiła na kiju wetkniętym w ziemie obok wozu. Pożegnalny gest Platiniego... Miałem tylko nadzieję, że Jarema już nie żył jak mu to robili, mała ilość krwi pod palem na to wskazywała. Tak czy siak, poprzysiągłem sobie wtedy, że choćbym miał przeleźć pół świata to i tak dorwę Platiniego, a jak go dorwę to będzie się modlił o to by mu ktoś obciął głowę... Pośpiesznie, bojąc się by ktoś nie nadjechał, pochowałem przyjaciela obok drogi, obszukałem trupy, zabrałem co było do zabrania i już miałem odejść w swoją stronę, gdy zauważyłem coś co przykuło moją uwagę i zmusiło do zadania sobie wielu pytań, z których po dziś dzień żadnego nie rozwiązałem. Na poboczu drogi, koło jednego z palących się wozów Platiniego leżał płatek kwiatu. Czarny płatek. Czarny płatek, za który groził stryczek, bez sądów, bez przebaczenia. Płatek warty tyle ile zarobiłbym na całej tej podróży. Lotos.
Rozdział 13 Obok niego do podobnego wniosku dochodziła Łucja. Wystarczyło spojrzenie na jej zmarnowane oblicze, nieme błaganie malujące się w jej zapuchniętych (ale nadal uroczych) oczach, by Lokis przemógł swoje słabości, chwycił puste naczynie i ruszył w stronę gospody. Po drodze minął stolarza, drżącego od porannego chłodu. Zrobiło mu się go nawet trochę żal, ale kiedy przypomniał sobie, że to dzięki niemu nęka go kac, wszelkie skrupuły zniknęły. W wiosce było cicho i spokojnie. Jakaś kobieta rozwieszająca pranie na sznurze obrzuciła Lokisa podejrzliwym spojrzeniem, wyleniały kundel zaszczekał leniwie. Przed gospodą zebrała się grupka dzieciaków podziwiająca przywiązanego przy drzwiach wierzchowca. Była nim piękna klacz karej maści z wyborną uprzężą. Elf poczuł jak swędzi go ręka, ale przypomniał sobie jak skończył kiedyś jego kumpel koniokrad i mu przeszło. Tak czy inaczej, właściciel konia musi być albo bardzo głupi, albo bardzo pewny siebie – z tą myślą ominął dziatwę kłócącą się o parametry techniczne kobyły i wszedł do gospody.
![]() Przybysz przeciągnął zmęczone podróżą kości i z apetytem zabrał się do parującej jeszcze jajecznicy na boczku. Z lubością pochłonął kilka łyżek, popił winem z kubka i skrzywił się z niesmakiem. - Czego mi dałeś, dobry człowieku? – zapytał gospodarza z wyrzutem – czyżbyś chciał mnie otruć? - Przepraszam szanowny Panie, dostojny Pan życzy sobie..? - Wina, gospodarzu. Wina, a nie jego imitacji. Najlepszego jakie masz. - Eee... Już lecę... przyniosę z piwnicy... – odpowiedział karczmarz drżącym głosem i zniknął za drzwiami. Przyjezdny znał się na ludziach. Chociaż karczmarz robił co mógł, aby dobrze obsłużyć „dostojnego Pana” nie można było nie zauważyć że coś jest z nim nie tak. Spuszczone oczy, nerwowe ruchy i to puste spojrzenie kiedy spytał o przejeżdżających podróżnych... Nawet miejscowi przyglądali się dziwnie swojemu kumowi, który był dzisiaj wyjątkowo opryskliwy i niemiły – na żarty o córce, którą zamyka w komorze zareagował agresją, omal nie wylał przy tym piwa na stół, przy którym siedzieli Sołtys i Kulawy Rózio. Rozmawiając półgębkiem o dziwnym zachowaniu gospodarza spoglądali na niego z ukosa. Karczmarz wrócił po dłuższej chwili dźwigając zakurzony gąsiorek z dymionego szkła. Odszpuntował go i strumień rubinowego płynu zaczął wypełniać kubek. Drzwi gospody otworzyły się, stanął w nich ostrouchy obdartus odziany w portki i przybrudzoną koszulę wypuszczoną ze spodni. W ręku dzierżył pusty dzban, trzymał się za głowę. Obrzucił siedzących pobieżnym spojrzeniem (miejscowi popatrzyli na niego zaciekawieni) i ruszył w stronę baru. Gospodarz spojrzał w twarz obdartusowi, zadrżał. Naczynie wymknęło mu się z rąk i z głuchym łoskotem rozbiło na podłodze. - Prze...przepraszam szanownego Pana – wysapał nieszczęśnik – zza momencik posprzątam i przyniosę wino... Ale ze mnie niezdara... Raczy Pan wybaczyć, chory jestem dzisiaj... niedomagam... Jąkając się i tłumacząc pośpiesznie zniknął za kontuarem. Przyjezdny przyjrzał się uważniej rozchłestanemu elfowi. Ten, najwyraźniej zakłopotany zamieszaniem, które wywołał, podszedł do baru i postawił na ladzie pusty dzban i pogwizdując pod nosem zaczął oglądać zadymione belki powały. Muchy bzykały leniwie. Jajecznica zaczynała stygnąć... Gospodarz pojawił się w drzwiach jak gdyby nigdy nic, nalał wina „szanownemu Gościowi”, wytarł podłogę szmatą i napełnił dzban Lokisa pieniącym się płynem. Czując na plecach ciekawe spojrzenia, elf zrezygnował chwilowo z rozmowy z karczmarzem – rzucił na stół kilka miedziaków i opuścił gospodę odprowadzany wzrokiem znad całkiem już zimnej jajecznicy...
![]() Łucja nie była zachwycona całą historią. Okrutni bandyci gnający przez noc, zakrwawione głowy na półmiskach i inne koszmary przeszłości nie chciały się jakoś pomieścić w jej ślicznej, bolącej główce. Tym bardziej, że słońce i śpiew ptaków czyniły opowieść Lokisa mało wiarygodną, a nad pustym gnojownikiem w podwórzu unosiły się tylko roje tłustych much. Słuchając argumentów dziewczyny o szkodliwym wpływie lokalnego sikacza na percepcję, Lokis był skłonny przyznać jej rację. Byłby skłonny i właśnie kiedy miękła mu rura na scenę wkroczył tajemniczy nieznajomy... - Hmm, hmm... Zaskoczony elf odskoczył do tyłu, jednocześnie próbując sięgnąć po nóż. Niestety, poślizgnął się w błocie. Wysoki, dobrze ubrany mężczyzna taktownie poczekał, aż Lokis pozbiera się na nogi. Przybysz nie miał przy sobie żadnej widocznej broni, jeśli nie liczyć wyglądającej na teatralny rekwizyt szpady, ale najwyraźniej nie odbierało mu to pewności siebie. Jasna cera, czarne włosy i starannie przystrzyżony wąsik nadawały mu wygląd amanta. Elf przypomniał sobie, że spotkał go dzisiaj w gospodzie... - Pani, dobry człowieku... – Lokisowi nie spodobał się ten „dobry człowiek”. Nie żeby miał coś do ludzi – nie podobało mu się również łakome spojrzenie jakim nieznajomy obrzucił Łucję – nazywam się Gregorius de Żamehr i chciałbym porozmawiać z wami na osobności.
Rozdział 14 Pokój wyglądał jak kombinacja burdelu z kramem z odzieżą, pachniało za to jak w chlewie. Jednym słowem, znać było, że ktoś się tu świetnie bawił. Wydarzenia poprzedniej nocy ciągle jeszcze żywe w mojej głowie dały mi wiele do myślenia. Co Platini robił w tych stronach? Kim są jego ludzie? Czy pracuje dla siebie, czy dla kogoś? Czy to oni zabili chłopca czy kto inny? Czy już otworzyli gospodę i jak długo będzie mnie boleć głowa? Wstałem od stołu i pozbierałem rzeczy Łucji. Potrząsnąłem nią. Żadnej reakcji. Cholera, musimy się zbierać, to miejsce może stać się areną wielkich kłopotów, jeżeli połączą moje odwiedziny ze śmiercią chłopca. A co byłoby gdyby gospodarz stwierdził, że lepiej wszystko zwalić na przyjezdnego włóczęgę niż na groźnych zabijaków? Byłoby bardzo, bardzo niemiło. Ranek wstawał piękny, zimny jeszcze, ale bezchmurny zwiastował gorący i ładne dzień. Drzewka szumiały, ptaszki właśnie budziły się do życia, jednym słowem atmosfera w sam raz by uśpić czujność kogoś mniej przebiegłego niż ja. Ale nie ze mną takie numery. Ponownie potrząsnąłem Łucją. Poczułem ukłucie na udzie, spojrzałem w dół i zobaczyłem całkiem ostry sztylecik, który radośnie błyszcząc w porannym słoneczku boleśnie wpijał mi się w ciało. - Jeżeli chcesz mnie budzić to rób to delikatniej. To po pierwsze... - Ale... - Teraz ja mówię. Po drugie, zanim cokolwiek- to słowo wypowiedziała ze szczególnym naciskiem- zanim cokolwiek zrobię muszę się napić, bo inaczej zaraz skonam... - Ale... - Czy ty kurwa głuchy jesteś? MUSZĘ się napić! Chcąc nie chcąc stanąłem przed alternatywą - albo zostawię tu Łucję, albo przyniosę jej tego pieprzonego bełta... Wiadomo, lepiej zginąć niż porzucić piękną kobietę. Wziąłem dzbanek i poszedłem do gospody. Michałko nadal leżał na ziemi, skorupy dzbana walały się obok. Cichutko pochrapywał, na twarzy gościł mu uśmiech. Uśmiechnąłem się również, lubię jak bliźni są zadowoleni. - Łucja.... - wyszeptał Michałko przez sen i westchnął długo i obleśnie. Powlokłem się do knajpy życząc mu śmierci. Przed lokalem szlajała się banda brudnych łobuziaków, którzy zajęci byli podziwianiem rzadkiej piękności klaczy uwiązanej przy paliku. Koń był z pewnością wiele wart, ale cos mi mówiło, że by tematu nie ruszać i poniechać pomysłu, który pojawił się w mej głowie. Gospoda była już otwarta, klienci na swoich miejscach, wyglądało na to, jakby nic się nie stało. Gospodarz przy barze obsługiwał jakiegoś pięknisia z wypomadowanym wąsikiem, jednego z tych co to noszą zwinięte onuce w rajstopach żeby na damach robić wrażenie. Kiedy wszedłem oberżysta właśnie nalewał dandysowi wina z omszałej butelki. Kiedy mnie zobaczył wypuścił z ręki kubek, wytrzeszczył oczy a potem zaczął coś nieskładnie bełkotać. To tyle, jeżeli chodzi o niezwaracanie na siebie uwagi. Nieznajomy przy barze ignorując roztrzęsionego oberżystę obrócił się w moją stronę i zlustrował mnie z miną świadczącą o tym, że równie dobrze bawi się w cyrku czy na pokazach akrobatów. Inni bywalcy gospody wykazali większe zainteresowanie; przyglądali mi się z tym ciekawym wyrazem twarzy świadczącym o głębokiej rozterce, czy bić, czy olać, a jak bić to czy pierwej dopić piwo czy bić po pobiciu. Rozsądnym było szybko załatwić swoje sprawy. Podszedłem do baru i poprosiłem o napełnienie mi dzbana. Gospodarz starając się patrzeć wszędzie tylko nie na mnie nalał mi dzbanek piwa zamiast wina. Przez chwilę chciałem domagać się moich praw konsumenta, ale w nagłym napadzie trzeźwego myślenia stwierdziłem, że w mojej sytuacji najlepiej jest nie rzucać się w oczy. Dzban przyjąłem, podziękowałem i wyszedłem w tej samej głuchej ciszy jaka towarzyszyła mi od wejścia... Choć nie, przepraszam, brzęczała jakaś mucha. Na głównym placu wioski grała grupa skaldów, Peter, Josh, Johny i Kenny. Widziałem ich kiedyś w Sivonie i polubiłem zwłaszcza dziwne pokręcone i schizofreniczne teksty Petera, który bardziej przypominał ogra niż wędrownego muzyka. Postałem chwilę i posłuchałem koncertu, grali jakieś nowe kawałki („wszystko umiera” i inne takie teksty). Pomachałem ręką Peterowi, ale nie zauważył mnie... Szkoda, byliśmy w Sivonie razem na wspaniałej balandze, był to październik, a liście zżerała rdza... Ech, szkoda gadać. Czekała na mnie Łucja, stwierdziłem więc, że czas zakończyć ten przydługi hołd sztuce i wróciłem do naszego tymczasowego lokum. Michałko nadal spał, zmienił jednakże położenie i obecnie chrapał na zapiecku w kuchni. Łucja była porządnie wkurzona za moje spóźnienie, ale uniknąłem wszelkiej dyskusji zamykając jej usta długim pocałunkiem („nikt nie całuje tak jak ty, Lokisie, nikt!”) a potem dzbankiem. Kiedy się napiła, postanowiła się umyć, gdyż jak wyznała, czuła się zbrukana. Zaśmiewając się z tego żartu wyszliśmy na podwórze. Łucja nie należy do osób szczególnie wstydliwych. Zrzuciła z siebie odzienie i kazała się polewać wodą ze studni. Nie wzdragając się przed tym obowiązkiem z radością podjąłem się tego szlachetnego zadania myjąc jej plecki i inne części ciała, do których ciężko było się jej dostać bądź do których ja bardzo chciałem się dostać. Próbowałem jej opowiedzieć o wydarzeniach ostatniej nocy, ale zostałem wyśmiany. Stwierdziła, że się nachlałem i poprosiła o umycie... powiedzmy dolnej części pleców. Rozmowa nie miała sensu, Łucja na kacu ma mentalność pretensjonalnej siedemnastolatki po lobotomii (panowie, którzy to czytacie, zgodzicie się, że to ideał?). Gawędziliśmy sobie przy tym wesoło, aż nagle zza pleców usłyszałem ciche chrząknięcie. Obejrzałem się gwałtownie sięgając po nóż, ale moje przytłumione alkoholem zmysły zawiodły mnie i mało nie wylądowałem w błocku. Za mną stał ten sam dandys, którego widziałem w gospodzie. Ponownie zdawało się, że mnie nie zauważa, ale tym razem na swoje usprawiedliwienie miał Łucję, która bezczelnie się przeciągała i bawiła się kroplami wody płynącymi po jej ciele w dół i w dół i w dół i... cholera. Połączenie cichym porozumieniem zaczęliśmy udawać ludzi rzeczowych i staraliśmy się (i w dół) nie zwracać uwagi na Łucję. - Pani, dobry człowieku... Nie spodobał mi się ten „dobry człowiek”. Gość mi się też nie podobał. Miałem ochotę wyłupić mu oczy– nazywam się Gregorius de Żamehr i chciałbym porozmawiać z wami na osobności. - Na osobności... Chodźmy - rzekłem i siłą wciągnąłem go do domu. Nie lubiłem faceta, ale żeby za darmo miał patrzeć na moją kobietę? To już wolałem z nim pogadać. Poza tym fircyk zdawał się być nieszkodliwy, szpada, którą nosił przy boku sprawiała wrażenie zabawki, a jego wąsik wyglądał jak kpina z męskiego zarostu i to kpina w złym stylu. - Pozwolisz pan, że się wprzódy przedstawię. Jestem... - Wiem, wiem. Jamer albo jakoś tak... - Pan pozwolisz - gość wydawał się być urażony - ale nie „jamer albo jakoś tak”, ale Gregorius de Żamehr. Herbu Apskert. Być może pan słyszałeś o czynach dziada mego w bitwie pod Grunwaldem, co sam jeden mrowie żółtych ludzi... - Niestety... - przerwałem - nie słyszałem. - Ach... Rozumiem - facet wyglądał na zaskoczonego - no tak, tak... Pańska żona? - Co? - Żona. - Kto? - Ruda. Na dworze. Naga. - Niczym boginka? - Tak, ta sama. - Na której widok serce przestaje bić, oczy zachodzą mgłą, a... - Tak, ona w samej swej przekrasnej osobie. - Niestety, nie znam. - Szkoda. - Też żałuję. Ale mam Łucję. - Och. - I nie oddam. - Ach. - A jak mi się wyda, że ktoś ma na nią ochotę... - nagle bez ostrzeżenia rzuciłem nożem. Wbił się we framugę drzwi parę centymetrów od głowy Gregorius. Fajny bajer, ale zastanowiło mnie to, że gość ani drgnął. - O! - powiedział i to był cały jego komentarz na ten temat. - Ta... Spocznij pan, a potem się streszczaj. Nie będę udawał, że cieszę się z pańskiego towarzystwa, bo nie wyglądasz pan na takiego kretyna, który by w to uwierzył. Więc, im szybciej rozmowę skończymy, tym szybciej będziemy mogli rozstać się, rzecz jasna w zgodzie i pokoju. - Zgoda buduje, niezgoda rujnuje - przytomnie zauważył mój przymusowy rozmówca. Skrzywiłem się groźnie, a potrafię się krzywić naprawdę paskudnie. Gość poprawił się na krześle i właśnie miał zacząć mówić, gdy do domu weszła Łucja. Obdarzyła gościa najpiękniejszym ze swoich uśmiechów, przysunęła sobie krzesło i usiadła naprzeciw Gregorius wlepiając w niego oczy. Jakimś dziwnym trafem zapomniała zawiązać rzemyki u góry kaftana. Gregorius przełknął ślinę. Łucja uśmiechnęła się jeszcze ładniej. Warknąłem: - Zaczniesz pan wreszcie? Do usranej śmierci będziemy tu siedzieć! - Ależ Lokisie, pan z pewnością nie lubi jak się przy nim używa takich słów - mówiąc to Łucja nie odrywała oczu od lalusia. - Och, droga pani, nie do takich warunków żem przywykł, zapewniam panią. Nie chcę by ten czarujący młodzieniec czynił sobie z mego powodu subiekcję... - To odejdź - syknąłem cichutko. - Słucham? Nie dosłyszałem? - Powiedziałem by pan zaczął - mój ton zdradzał całkowitą rezygnację. Facet zaczął. Powtórzył swoje dane personalne, wspomniał o dziadku („może Pani słyszała” „Och nie, ale pewnością zechce mi Pan o tym opowiedzieć!”), zahaczył o urodę kobiecą („no co pan” „ależ!” „ja? pan raczy żartować!” ), aż w końcu przeszedł do sedna sprawy. Chciał się dowiedzieć o powody dziwnego zachowywania się karczmarza. Nie podobało mu się przerażenie jakie biło z oberżysty, nie podobała mu się cisza w spelunce. Zwrócił uwagę, że sprawy przybrały jeszcze dziwniejszy odcień, gdy ja pojawiłem się w gospodzie. Krótko mówiąc, facet prowadził jakieś swoje prywatne śledztwo i chciał ze mnie wyciągnąć jakieś informacje. Oczywiście powiedziałem mu, że nic nie wiem, że się pomylił i że na niego już chyba czas. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Łucja. - Hej, Lokis, nie kłam. Przecież sam rano mówiłeś o tej odciętej głowie i inne takie. Wie pan - zwróciła się do gościa - na początku mu nie wierzyłam, ale jak pan tak mówi, to już wierzę. Ja panu opowiem - i wszystko wypaplała. Ja czyściłem paznokcie nożem. Gdy Łucja skończyła swą opowieść Gregorius zamyślił się. Siedział tak przez parę chwil po czym mruknął „to chyba jest to” i uśmiechnął się. - Dziękuję pani i panu za wielką pomoc w mych peregrynacjach. Wasza uprzejmość jest nieoceniona i wiem, że za porywy dobrego serca nie sposób odpłacić inaczej niż szczerym i gorącym uczuciem, lecz pozwólcie bym choć w setnej części mógł podziękować za okazane mi zaufanie i waszą szczerość - tak bredził, a potem dał Łucji złotą monetę. - Ty, Lokis, patrz, kurwa, złoto!!! - krzyknęła świeżo upieczona arystokratka i wsadziła sobie krążek do ust. Uśmiechnąłem się złośliwie. Jeżeli Gregorius miał jakieś złudzenia to pewnie się ich już pozbył. - Taka świeża.. Taka czarująca... - Myliłem się. Facet najwyraźniej dopiero się rozkręcał. - A może – powiedział - a może byście mnie tak... - popatrzał na Łucję, która właśnie oglądała pieniążek przy oknie - a może byście mnie tak, powiedzmy, eskortowali do Twin Hills? Jako, rozumiecie, ochrona...
- Tak!!!! Następne parę minut zajęła mi kłótnia z Łucją i zwalczanie Gregorius, który podpuszczał ją w subtelny sposób. W końcu mi się udało, facet sobie poszedł, rozstaliśmy się we względnej zgodzie. Łucja była na mnie trochę zła, ale że nie była głupia, to i nie minęło dużo czasu jak wrócił jej zdrowy rozsądek i zaczęła się normalnie zachowywać. Trzeba się było zwijać. Zostawiliśmy stolarzowi w podzięce sporą sumkę, a sami wyszliśmy z domu. Postanowiłem, że skierujemy się do Mistrza Baltazara. On mógł powiedzieć mi co znaczyły tajemnicze inskrypcje na kamieniu. Z jakiegoś powodu wydawało mi się to bardzo ważne. Łucja znała drogę, starając się nie budzić sensacji, po cichu wymknęliśmy się z wioski. Po jakiś pięciu godzinach doszliśmy do małej chatki. Kamienna podmurówka, ściany z solidnych belek i drewniany dach, mały, ale solidny dom. Pod nim płynął strumień, czarownik zapewne chciał mieć wodę pod ręką, wokół było potężne rumowisko skalne, które samo w sobie stanowiło labirynt dobrze strzegący domu maga. W obejściu było cicho, z komina nie leciał dym. Wchodzić bez pukania nie chcieliśmy - jakoś oboje się zgadzaliśmy ze sobą w kwestii włamań do domów magów. Postanowiliśmy poczekać tu do wieczora, a jakby nie wrócił to spędzić noc w pobliżu.
Rozdział 15 Żeby było zabawniej, okazało się, że Łucja boi się piorunów. Na początku Lokisowi wydawało się to śmieszne i głupie, ale kiedy jeden z nich rozłupał na dwoje drzewo stojące nie dalej niż sto stóp od ich legowiska, natychmiast zmienił zdanie. Nie zastanawiając się zbyt długo bohaterowie znaleźli schronienie pod jedną ze skał otaczających domostwo mędrca Baltazara. Mimo bezpiecznego schronienia (w końcu udało się przekonać Łucję naprędce wymyśloną historyjką o ‘uziemieniu’, że nic jej nie grozi), nocleg nie zapowiadał się w różowych kolorach. Zrobiło się zimno, a przemoczone ubrania nie pomagały w utrzymaniu wysokiego morale. Właśnie wtedy Lokis usłyszał wycie, które sprawiło, że ciarki przeszły mu po plecach. Był to zew nawołującego się wilczego stada.
![]() Wątły płomyk lampy zadrżał pod wpływem niewyczuwalnego przeciągu. Pochylony nad dokumentami starzec cmoknął ze zniecierpliwieniem i podregulował nieco knot – lampa rozbłysła mocniej oświetlając lepiej wnętrze okrągłej komnaty. Na półkach stojących pod ścianą zalegały stare, zakurzone księgi, których grzbiety ozdobione były tytułami w starożytnych językach. Każdy, nawet średnio ciekawy uczony natychmiast zająłby się ich badaniem, przeglądaniem, pochłanianiem i tym wszystkim, co robią uczeni ze starymi księgami; starzec nie zwracał na nie najmniejszej uwagi. Powoli, nie przejmując się otoczeniem, odcyfrowywał znaki którymi pokryte były zalegające stolik arkusze. Z każdym znakiem jego oczy rozszerzały się coraz bardziej. Przez uchyloną w podłodze klapę wleciał czarny, niewielki kształt. Zatrzepotał skrzydłami i wylądował na środku stosu papierów. Mędrzec skrzywił się zniecierpliwiony, odsunął ptaka na bok stanowczym ruchem ręki. Pustułka podfrunęła pod sufit ale natychmiast wróciła na stół. Spoglądając na starca zatrzepotała skrzydłami, jakby próbowała mu coś powiedzieć. „Biedny ptak” – pomyślał staruszek – „Ci wszyscy ludzie, ich kamienne ściany, ten cały ruch.”. „Biedny ptak” – powtórzył wypuszczając pustułkę przez wąskie okienko na zewnątrz. Wrócił do badania dokumentów starając się nie zwracać uwagi na trzepoczący za oknem czarny kształt. Na parterze trzasnęła okiennica. Głośny dźwięk wyrwał badacza z transu – starzec podniósł głowę, popatrzył na wskazówki dużego zegara wiszącego na ścianie i jakby z żalem zwinął rozłożone na stole papiery umieszczając je w skórzanej tubie. Starannie ukrył znalezisko w dobrze zamaskowanym schowku i trzymając przed sobą lampę zaczął ostrożnie schodzić po drabinie. Dopadli go, kiedy stał na ostatnim szczeblu. Ciemność przyszła nagle, nawet nie wiedział skąd.
![]() Było już dobrze po północy, kiedy ostatkiem sił dotarli do skraju lasu. Ciche, spokojne sylwetki domostw, sierp księżyca zawieszony na zachmurzonym niebie i światło prześwitujące przez szpary w oknach gospody w niczym nie przypominały koszmaru który zostawili za sobą... Huk piorunów zagłuszający myśli, strumienie wody sieczące niczym bicze, gałęzie drzew niczym szpony chwytające za ubranie, nieustanne wycie za plecami i wszechobecne jarzące się ślepia... Lokis otrząsnął się i obejrzał z trwogą; w oddali słychać było jeszcze odgłosy dogasającej nawałnicy. Dałby sobie obciąć rękę, ba – nawet wyłupić drugie oko, że nie była to zwykła burza. Ścigające ich bestie, też nie były zwyczajnymi wilkami – elf nigdy nie widział stada, które zachowywałoby się w taki sposób – kiedy uciekali miał wrażenie, jakby to on był głupim zwierzęciem... Głupim zwierzęciem wyganianym z obcego terytorium... Szczękająca zębami Łucja przerwała rozmyślania Lokisa. Ich podarte ubrania były całe przesiąknięte wodą, a noc wcale nie była taka ciepła. Nie zwlekając dłużej, lekko kulejąc, udali się w stronę domostwa Michałki...
![]() Rankiem, jak zwykle, wszystko wyglądało inaczej. Michałko wspaniałomyślnie użyczył Lokisowi swoich portek, Łucja nie wiedzieć w jaki sposób, ale połatała swój sznurowany pod szyją kubraczek. Eeeech – kiedy patrzyło się na nią, trudno się było nie zgodzić z twierdzeniem, że każdy pościg, przygoda i poniewierka sprawiają, że wygląda coraz lepiej. Odświeżeni i prawie wypoczęci, obciążeni ładunkiem miesięcznego dorobku łowczyni udali się w stronę domostwa niejakiego Larsa handlarza, tylko po to, by spotkać go wykłócającego się z korpulentną i niezwykle krzykliwą małżonką. - Ty stary, głupi tyy! I coś narobił! - Jakżem, cożem narobił? Hubert – kum przecie! Mówię ci babo, żem po prawdzie skazał – wszystko władza wiedzieć chciała, wszystkom powiedział. Niewinny on, jako żywo i jam po temu świadkiem! - Uch, ty! Patrzaj ino! Straż nam dom z torbami puści! Nie trza było mędrkować ino jechać do dom i nie oglądać się na kryminalistów i huncwotów! - Cichaj babo! Nie widzita, jak Hubertowa łzy ostatnie za swoim wylewa! Jak to tak – na kuma swego pluć i w potrzebie zostawiać. Kryminalistów? Huncwotów? Czekaj ty – niech no wezmę polano... - Taki on mój kum, jak z ciebie mężczyzna! Jeździsz z nim i jeździsz, a dla swojej baby czasu nie masz i siły! Zostawiłbyś go lepiej i częściej małżonce swojej czas poświęcał! Jak tak dalej pójdzie, to rogi ci przyprawię! - Uch babo ty! – uniósł się chłop i zamierzył się na krnąbrną kobietę... - I słusznie – zauważył wychodzący zza rogu żołnierz – Jak się kobiety nie bije, to jej wątroba gnije! – dodał rezolutnie. Lokis zamarł. Żołnierz miał na sobie uniform straży miejskiej Twin Hills. Dopiero teraz elf zwrócił uwagę na czwórkę objuczonych koni przywiązanych przy studni. Zauważył również zerkając przez płot, że spora grupka miejscowych z niezadowoleniem przygląda się żołdakom wyrzucającym z sąsiedniego domu wszelki dobytek, nie bacząc na fruwające na wsze strony pierze. Oczywiście obrazu dopełniała łkająca nad tym wszystkim Hubertowa. Żołnierz (elf nie kojarzył jego twarzy) obrzucił ich przelotnym spojrzeniem (Lokis podziękował losowi za przykrywający go ładunek skór), nieco dłużej zatrzymując się na osobie Łucji. Wyprężył się służbiście i usiłując oderwać od niej wzrok zwrócił się do Larsa i Larsowej: - Spokojnie, spokojnie! Nie dzieje się nic ciekawego! Proszę się rozejść! Proszę o spokój! - Ależ... kapralu... – próbował się odezwać Lars. - Sierżancie!!! – z pozoru spokojny strażnik wybuchnął niespodziewanie – Ileż mam tym kmiotom powtarzać, że ‘sierżancie’?! Jestem, kurwa P.O. sierżanta! - Dobrze, panie jenerale – trzeźwo zareagowała baba – przecie pan jenerał nie będzie niepokoił porządnych ludzi? Tumult i nieporządek czynić? Jak zbójów traktować? Rewizja? - Ano, porządnych nie będę – spokojnie stwierdził żołnierz. Po czym nagle ryknął – Mieeelonkaaaaaa!!! Jeden z ludzi wyrzucających dobytek z chaty Hubertowej odłączył się od reszty i podszedł leniwie. - Tajest, panie kapralu Prezesie – zasalutował nieco niedbale. - Sierżancie!!! – zawył Prezes – ile mam wam razy, kmiotom, powtarzać, że ‘sierżancie’?!! - Tajest, panie Pe, O, sierżancie Prezesie – ziewnął Mielonka. - Przeszukać tą budę i meldować o wszelkim podejrzanym kurewstwie. W razie próby ucieczki, strzelać bez ostrzeżenia!!! - Tajest – Mielonka obrzucił ‘budę’ fachowym spojrzeniem i nieśpiesznie zakasał rękawy... - A wy? Co tu robicie? Co to za skóry? Kontakty? Adresy? – Prezes z rozpędu zaatakował Łucję i jej nieszczęsnego, coraz bardziej uginającego się pod ciężarem pakunku pomocnika. - Ależ, panie sierżancie – wyczucie Łucji i trzepotanie rzęsami, które zabrzmiało jak stado przelatujących smoków zrobiło swoje – czy nie wyglądam na praworządną obywatelkę? – Prezes obrzucił ją nieco nieprofesjonalnym spojrzeniem, a w głosie dziewczyny zabrzmiały nuty niekłamanego przerażenia – Boję się tych wszystkich przestępców... Gdyby był pan tak dobry, panie sierżancie, i oczyścił ten zdeprawowany świat z opryszków, ach, jakże byłabym wdzięczna! Oczyści pan, panie sierżancie? - Hmm. Oczywiście – zająknął się ‘sierżant’ nieco zbity z tropu – hmm. Tak, tak. Pani wybaczy... Zrezygnowany Lars splunął za odchodzącym w stronę koni Prezesem i ignorując lamenty swojej kobiety zbliżył się do Łucji. - Dzień dobry panienko Łucjo – powiedział konspiracyjnym szeptem spoglądając podejrzliwie na Lokisa – idźta stąd lepiej. Nic dobrego was tu nie spotka. A skóry – dodał wskazując na ładunek futer – zostawcie u Michałki, dzisiaj lepiej nic nie zostawiać tym psubratom. Jak mnie nie puszczą z torbami, zapłacę po rozprawie, po zwykłej stawce. Nigdym was przecie nie oberżnął, prawda panienko? - Ty sukinkocie, tyyy! Za dziewkami się oglądasz, swojej baby nie masz?! Ha! – ku uldze plądrujących żołdaków kobieta Larsa znalazła chwilę aby przywołać męża do porządku – A ty zdziro, czego tu szukasz, ha? Bezwstydnico tyy, nie chcemy tu takich w Trzech Kamieniach! Lars wzruszył tylko ramionami, pożegnał się dyskretnym skinieniem głowy i zręcznie odwrócił uwagę baby wskazując jej Mielonkę mocującego się z zamkiem opasłej skrzyni. Żołdacy, obrzucani obelgami miejscowych kontynuowali swoje dzieło porządku i zniszczenia, a Lokis z Łucją wrócili cichutko do domu Michałki.
Rozdział 16 - To nie moja wina... Jestem już tym zmęczony! - Taki ciebie facet jak z koziej dupy trąba! - Nie mniej w mojej rodzinnej wiosce mnie chwalili. - To było już chyba dawno, nieprawdaż? - Prawdaż-srawdaż.... Toż o tym przecie mówię... - A idź że... Atmosfera była napięta. Strugi deszczu siekły powietrze jak brzytwy, drzewa przyginały konary do ziemi niczym podstarzałe wiedźmy sięgające ku ciałom młodych, jędrnych chłopców, wiatr zawodził niczym pijany kobziarz – typowa atmosfera pikniku. Od jakiejś godziny usiłowałem rozbić cos w rodzaju namiotu i nawet mi się raz udało – rozbiłem cos w jego rodzaju. Problem polegał na tym, że to coś stało do góry nogami i w zasadzie sprawdzało się jako awaryjne naczynie do zbierania wody na czarną okazję. Łucja uważała mnie za dupka, a ja – pomimo mej niezaprzeczalnej erudycji popartej wysokim skądinąd IQ – nie potrafiłem wymyślić żadnych argumentów, które pozwoliłyby wykazać jej, że się myli. Nagle huknął grom. - Raaaany! – głośny krzyk wstrząsnął okolica. Obróciłem się przestraszony na pięcie, poślizgnąłem i zaryłem nosem w błoto. Ledwo zdążyłem stanąć na czworakach kiedy trzasnęło ponownie. - Lokis, ratuj! – przeraźliwy ciężar wylądował z impetem na moich barkach. Byliśmy najwidoczniej atakowani. Napastnik przywarł do mej szyi i mocno trzymał wtłaczając mi głowę w wodę. Walczyłem, ale chwyt miał wyjątkowo mocny. Przed oczami latały mi czarne płatki, dusiłem się. W pewnym momencie udało mi się odgiąć trochę jego dłoń. Przewróciłem się na plecy spazmatycznie łapiąc powietrze, on leżał pode mną dziko wierzgając nogami. Rzuciłem się w bok, gdzieś tam leżał mój nóż, którym strugałem kijki na namiot. Niejasno zadawałem sobie pytanie: Łucja! Co zrobili z Łucją? Złapałem nóż i stanąłem gotowy do walki. Przede mną zamajaczył cień – to ten co mnie atakował gramolił się z błota. Wzniosłem śmiercionośne, spragnione krwi i mściwe ostrze i skoczyłem. Na szczęście poślizgnąłem się. Znowu błysnęło i w blasku gromu ujrzałem, że kulący się w kałuży cień to Łucja, która siedziała w błocie, trzymała ręce przy twarzy i najwidoczniej płakała. Zaryłem w glebę metr od niej łamiąc misternie przygotowaną konstrukcję, która miała stanowić szkielet naszego schronienia. Podpełzłem do kobiety. Powoli poluzowałem sobie pasek, gdzieś słyszałem, że epileptykom wciska się pasek pomiędzy zęby, co by sobie nie przegryźli języka. Łucja siedziała w błocie, nogi po kobiecemu miała podciągnięte pod siebie i spazmatycznie płakała. Poczułem kwaśną woń moczu. Krew szybciej zaczęła krążyć w moich żyłach. Kolejny błysk, krzyk i nagłe zrozumienie. Ta idiotka bała się burzy... Zaciągnąłem ja pod jakąś skałę i zacząłem powtarzać jej te same bajdy, którymi stary błazen Franklin rozbawił Rodney’a XIII podczas jego nocy weselnej. - Rozumiesz, skała nas uziemni... - Boję się. Co to znaczy? - To znaczy, że nas piorun nie trafi... - Nie trafi? - Nie. - A gdzie trafi jak nie w nas? - Oj, głupiutka, w skałę trafi... - W którą? - W tą. - W tą o którą się opieram? - No. Błysk. Huk. - Lokis? - Tak? - Narobiłam w majtki... Jakiś czas potem uspokoiła się trochę, zatonęliśmy w swoich objęciach, przytuliła się i tylko lekko drżała kiedy biły pioruny. Deszcz nadal padał, mi ciekło za kołnierz, ale rosło we mnie coś co można nazwać męską dumą: zaufała mi kobieta, moknie wraz ze mną i zamiast mnie zwymyślać za brak schronienia – co zrobiłaby każda inna – jest mi wdzięczna za chwilę rozkoszy i poczucie bezpieczeństwa. Było nawet nieźle – dopóty dopóki nie usłyszałem złowieszczego wycia. Ani chybi wilki. Niejasno zdawałem sobie sprawę, że wilki nie polują w czasie burzy, że chowają się po drzewami, skałami, liśćmi nasturcji czy pod czym innym co zapewnia im ochronę przed wodą. Niejasno zdawałem sobie sprawę, że najwyraźniej ktoś lub coś nie życzy sobie naszej obecności obok domu mistrza. Że stara się przegonić nas za pomocą wszelkich dostępnych środków. Nie wdawałem się jednak w szczegółowe rozważania na ten temat. Poderwałem z ziemi zaspaną Łucje i pociągnąłem ja w kierunku wioski. Wilcze stado następowało nam na pięty, ja jednak byłem pewien, że jeżeli będziemy konsekwentnie zmierzać do wioski, wilki nic nam nie zrobią. Ten kto je wysłał, jeżeli był władny kontrolować pogodę i zapanować nad zwierzętami, z pewnością – gdyby chciał – mógł nas już wcześniej zabić bez budowania takiej barokowej scenerii... Ktokolwiek to był lubił przedstawienia w wielkim stylu. Świtało, kiedy zobaczyliśmy znowu Trzy Kamienie. Przemoczeni do suchej nitki dociągnęliśmy do domu Michałka. Krajobraz wydawał się wyprany z wszelkich kolorów, szare niebo, drzewa i murawa budowały wielce przygnębiający nastrój, nie mniej widok znajomych drzwi był ambrozją dla znękanych oczu. Radośnie zastukałem kołatką. Michałko nie pojawiał się przez dłuższą chwilę. Cztery razy musiałem stukać nim raczył pokazać swą zaspana twarz. - To znowu wy... – wyraźnie ucieszył się na nasz widok. - Suche... – powiedziała Łucja szczękając zębami. - Co?- spytał Michałko. - Może wejdziemy do środka - grzecznie zasugerowałem. - Suche... - wyszczękała Łucja. - Co suszę? - zainteresował się gospodarz. - Do środka. Wejść. Zaraz - wygłosiłem swą kwestię. - Suche... ubrania... kurwa... zaraz... - A ubrania! Rozumiem!- ucieszył się Michałko. - Zabiję za kawałek suchej podłogi- poinformowałem uprzejmie Michałka patrząc mu prosto w zaspane ślepia. Cos w wyrazie mojej twarzy musiało go skłonić do głębszej refleksji gdyż skurczył się w sobie i rzekł: - Wchodźcie, ależ proszę, oczywiście, wchodźcie, czym chata... – nie dokończył. Chyba się rozpłakał, alboco... Weszliśmy. Nad ranem wszystko wyglądało lepiej. Jako elf cieszę się niezłym zdrowiem, po nocnych kłopotach pozostały mi więc jedynie obtarcia od mokrej odzieży i podrapana podczas zmagań z Łucją twarz. Łucja trochę kaszlała, ale dzban grzanego piwa z miodem i jajcem postawił ją na nogi. Po spacyfikowaniu Michałka za pomocą błyszczącej monety wziąłem na plecy skóry i poszliśmy w kierunku domu handlarza. - Jak się nazywa ten gość?- spytałem Łucję. - Lars. - Znasz go dobrze. - Nie bądź zazdrosny. - Spałaś z nim. - Głuptasie... Oczywiście, że nie. - Bo wiesz, Michałko mówił, że spałaś ze wszystkimi. - Nie z Larsem. - No, uspokoiłaś mnie... Już myślałem... - Możesz mi zaufać... - Uff! – powiedziałem i poprawiłem ładunek na plecach. Niesamowite ile ścierwa w ciągu miesiąca może utłuc jedna samotna kobieta... Kiedy wyszliśmy zza rogu bagnistej po nocnym deszczu uliczki uderzył w nas gwar rozmaitych głosów. W domu Larsa najwidoczniej trwała rewizja. Wojskowi biegali w tą i z powrotem, wóz handlarza kompletnie wybebeszony stał opodal, jeszcze dalej kompletnie wybebeszony leżał jego koń, dwóch facetów w białych fartuchach waśnie rozcinało żołądek; najwidoczniej czegoś szukali. Sam handlarz z filozoficzną zadumą na twarzy stał gryząc źdźbło trawy i sporadycznie odpowiadając na tyrady swej korpulentnej małżonki, która odsądzała go od czci i wiary. Wokół ganiały podniecone wydarzeniem dzieci, za dziećmi goniły ujadające psy. Matki wrzeszczały na dzieci i chciały uderzyć psy kijami, paru facetów biło kijami swe żony za to że wrzeszczą bez pozwolenia. Fajnie. Nagle zamarłem. Niewysoki, korpulentny facecik z okrągła twarzą, w barwach Twin Hills z naszywkami kaprala, na których ktoś domalował sztabki sierżanta przez chwile patrzył w moją stronę. Rozpoznałem jednego z żołnierzy, którzy mnie aresztowali w Twin Hills. Teraz dziękowałem bogom za stos skór, które dźwigałem na plecach. Gdyby nie zakrywały tak dokładnie mej twarzy, już dawno by mnie rozpoznał. - Uważaj. Idziemy i nie zatrzymujemy się - ścisnąłem Łucje za rękę. - Dobrze, idź przodem. W tym momencie wojak zauważył Łucję. Zmiana była natychmiastowa. Wciągnął brzuch, wypiął pierś, wciągnął powietrze i zaczął się drzeć na wszystko i wszystkich. Od czasu do czasu spoglądał na Łucję ciekawy widocznie czy robi odpowiednio kompetentne wrażenie. Kiedy już zwrócił na siebie jej uwagę, w jego małej, przepełnionej grzeszną chucią głowie zrodziło się pragnienie wykazania się kompetencja przed Łucją jako taką. Podszedł więc do niej i zaczął na nią wrzeszczeć żądając wszelkich absurdalnych informacji jakie mógł sobie wyobrazić. Jeżeli sądził, że ona się z nim po czymś takim umówi, to raczej się przeliczył... Po krótkiej rozmowie, podczas której ego wojskowego rozdęło się do rozmiaru małego żubra, Łucja poszła dalej. Ja w tym czasie obszedłem róg domu niknąc z oczu wojskowych. Za Łucją pojawił się Lars. Patrząc spode łba na moją nikczemną osobę pochylił się ku Łucji i cos jej powiedział. Łucja kiwnęła głową. Lars chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zza rogu wytoczyła się jego małżonka i zaczęła go rugać. Zrezygnowany machnął ręką na pożegnanie, wsadził sobie źdźbło do ust i przygarbiony podążył ku swemu przeznaczeniu. - Co robimy?- spytała Łucja. - Nie wiem, szczerze mówiąc. Na pewno nie będę się targał z tym syfem- odparłem wskazując na ciążące mi coraz bardziej skóry. - Z tym nie ma problemu... Odstawimy do Michałka... - Już widzę jak się ucieszy... Ucieszył się, i owszem... Wyraz smutnej rezygnacji zastygł na jego twarzy kiedy ponownie otwierał przed nami drzwi. - Wejdźcie, skoro już jesteście... Łucja, musimy potem pogadać, rozumiesz... - A może ja z twoją starą pogadam, capie jeden? - Co?! – spytał przestraszony Michałko. - Co?! – spytał wkurzony Lokis. - Nic – warknęła piękna łuczniczka. Złożyliśmy skóry u gospodarza, Lars - przy założeniu, że nie zamkną go w więzieniu - miał je odebrać w późniejszym terminie. Łucja pozytywnie określiła stopień uczciwości handlarza, stwierdzając, iż ten ostatni bardziej boi się, że ktoś mu odstrzeli jaja, niż pragnie orżnąć ją na parę sztuk srebra... Rozpytany Michałko opowiedział nam o problemach Larsa, dodałem dwa do dwóch i wyszło mi na to, że handlarz był jednym z tych kolesi, których złapano na przemycie lotosu w Twin Hills. Atmosfera się zagęszczała, pamiętając jaka wagę przykładano do kontroli handlu tym towarem należało się spodziewać rychłych rewizji i przesłuchań. Jednym słowem- trzeba było wiać. Kwestia dokąd? Mistrz Baltazar pojechał do Twin Hills. Jak się okazało pojechał w dniu naszego przyjazdu do Trzech Kamieni, gdybym się wcześniej spytał to uniknęlibyśmy z Łucją niechcianej kąpieli w deszczu. Co z resztą nie wyjaśniało, kto i dlaczego zesłał na nas deszcz, pioruny i przerośnięte, leśne pieski. Coś się działo... - Nic to, Łucja, droga chyba nas wiedzie do Sivonu... - Ja tam jestem spalona. Nie jadę. - Tu nie możemy zostać. - Nie możemy. - W Twin Hills mnie powieszą. - Fakt... - W Sivonie masz tylko jednego wroga. - Jednego, ale na stanowisku. - To cham. - I swołocz. - Bestia. - Erotoman. - Podły, zepsuty człowiek. - Nie szanuje kobiet. - Zasłużył na stryczek. - Na śmierć, zaiste. - Taaa... - Zrobisz to? - Tak... Jeżeli będzie trzeba... - A więc postanowione. Wyruszyliśmy następnego dnia. Mieliśmy do przejścia jakieś 40-50 kilometrów. Dwa dni spokojnego marszu przy ładnej pogodzie, sama przyjemność. Szliśmy traktem beztrosko rozmawiając, żartując i śmiejąc się. Pod wieczór pierwszego dnia jednakże nastrój gwałtownie się pogorszył. Łucja poszła w krzaki za potrzebą, nagle zaczęła mnie wołać, w jej glosie słychać było panikę. Szybko pobiegłem w jej kierunku w biegu wyciągając noże. To był człowiek, miał około 40 lat, lekko siwiejące włosy. Zanim go pozostawiono by umarł torturowano go. Na pewno za pomocą ognia, świadczyły o tym zwęglenia na przedramionach, policzkach, goleniach oraz opalone rzęsy i brwi. Nie miał też paznokci u prawej dłoni. Nie leżał tu długo, najwyżej jeden dzień, insekty nie zaczęły jeszcze organizować sobie z niego kombinacji hotelu i stołówki co leży w ich zwyczaju. W usta miał wciśniętą czarna szmatę. - Co to może być? - Na Łucji ten widok zrobił najwidoczniej duże wrażenie.- Nie zabija się ludzi ot, tak, na trakcie... Nie wiem. I nie chcę wiedzieć... Ale warto sprawdzić, tak dla porządku, okolicę. Kazałem jej pozostać na miejscu, a sam zacząłem myszkować wokół. Nie szukałem długo. Znalazłem ślady po małym ognisku, pozostałości po spalonym pergaminie. Zachował się fragment skórzanej tuby na papiery. Na nie spalonym fragmencie skóry widniał ślad herbu- na pewno był tam sokół lub inny ptak drapieżny, pod nim kotwica lub hak – nie dało się z tego nic więcej wywnioskować. Zachowało się też imię „Frodo” i koniec nazwiska „..ns”. Nic więcej nie znalazłem. Zawinąłem moje znalezisko w juki i wraz z Łucją, tym razem ostrożnie i podejrzliwie, kryjąc się w zaroślach obok traktu, ruszyliśmy w stronę Sivonu. Ten sposób podróżowania sprawił, iż dopiero godzinę po zmroku drugiego dnia ujrzeliśmy światło z Iglicy, najwyższej budowli Sivonu. Bramy miasta były już zawarte, rozłożyliśmy się więc koło drogi i zamierzaliśmy iść spać. Ledwie jednak przyłożyłem głowę do łona Łucji usłyszałem szczęk oręża.
Rozdział 17 „Ocho” – pomyślał Lokis – „Jakiś lepszy. Pewnie się spodziewa, że zrobią dla niego wyjątek... Przecie wiadomo, że dla nikogo nie robi się w takich sytuacjach wyjątków – z czegoś przecież muszą żyć ci wredni właściciele podłych zajazdów na podgrodziach...” Owe niezbyt życzliwe rozmyślania przerwał gwałtownie odgłos podnoszonej kraty. Bez spodziewanych protestów ciężka brama połknęła powóz wraz z eskortą i tylko szczekające coraz ciszej kundle były świadectwem tego, że zdarzenie nie było tylko dziwnym snem. Lokis wzruszył ramionami i ułożył się wygodniej w ciepłym, miękkim zakątku.
![]() Poranek był mniej ciepły i przyjazny – łamanie w kościach i bolący kręgosłup świadczyły o tym, że czas cudownych jesiennych nocy spędzanych pod gołym niebem minął dawno temu. Lokis z żalem popatrzył przez zarośla na wychodzących z podłego zajazdu spóźnionych podróżnych, którzy tak jak on i Łucja zmuszeni byli do nocowania poza bramami miasta. Na szczęście dla siebie nie musieli się obawiać niemiłego spotkania ze starymi znajomymi, więc mogli wybrać siennik zamiast gołej ziemi. Na nieszczęście Lokis i Łucja nie mieli takiego luksusu. Spóźnionych podróżnych było całkiem sporo – Lokis wypatrzył między nimi kilku kupców, którzy doglądali stojących przed zajazdem wozów z dobytkiem, kilku podejrzanych osobników którzy mniej lub bardziej fachowo przyglądali się owemu dobytkowi, obwieszonych ekwipunkiem poszukiwaczy przygód, kilka wątpliwej jakości ladacznic rozliczających się z gospodarzem, ze dwóch błędnych rycerzy i komplet pijanych drwali, którzy godziwie zaczynali nowy dzień pijąc przy studni. Jak na miasto wielkości Sivonu było tego całkiem sporo, co zwiastowało jakowyś jarmark albo inne święto. To dobrze – wśród takiej menażerii niezauważone wejście do miasta wydawało się rzeczą bardzo prostą. Takoż i się stało – strażnicy oglądający się za wiejskimi dziewuchami ściągającymi tłumnie do miasta w celu odchamienia się oraz obcowania z kulturą i sztuką nie zwrócili uwagi na Łucję, która ukryła swoje płomienne loki pod kapturem, ani na nie rzucającego się w oczy jednookiego zabijakę. Nie niepokojeni bohaterowie przekroczyli więc bramę i trafili na tętniące życiem uliczki dzielnicy handlowej. A tego dnia naprawdę było co oglądać. Sklepy cechowe, ustawione po obu stronach ulicy wiodącej od bramy, kolorowe kramiki skutecznie zapełniające przestrzeń między sklepami oraz nachalni handlarze kręcący się między ludźmi, zgiełk, ruch i radosny tłum – wszystko to sprawiło, że Lokis ciągnięty za rękę to tu, to tam przez zachwyconą dziewczynę stracił poczucie czasu i rzeczywistości. Trudno było uwierzyć, że w tym kolorowym tłumie miejscowych i przyjezdnych ktokolwiek mógłby rozpoznać w elfie poszukiwanego w czterech hrabstwach, dwu powiatach i kilku miastach łotra, a w Łucji kłusowniczkę oskarżoną o przemyt i inne bezeceństwa. Bohaterowie bawili się więc wspaniale, zapominając niemal o trapiących ich zagrożeniach. Nie zważali przy tym na na znikające w zastraszającym tempie pieniądze, kiedy więc późnym wieczorem przyszła pora na znalezienie noclegu zostali zmuszeni do znacznych kompromisów pomiędzy ceną a luksusem. Kiedy odpoczywali na wąskim łóżku pijani miłością i młodym winem i przypominali sobie atrakcje minionego dnia Łucja poruszyła wreszcie temat, którego Lokis nieco się obawiał. - Wiesz, Cyklopku (elf popełnił straszny błąd ubarwiając opowieści o swoich wojażach i przygodach, włączając do nich te mityczne bestie) – w głosie dziewczyny zabrzmiała nutka melancholii – żyjąc w lesie prawie zapomniałam jak bardzo brakuje mi tego miasta. Tych wąskich uliczek, kolorowych ludzi i całego tego ruchu. Ciekawa jestem co słychać u starego Yo, u chłopaków z podwórka i co też porabia stara Jilly... Przez uchylone okienko wśliznął się blask księżyca. W jego świetle niewielki pokoik na poddaszu taniej gospody zrobił się miły, przytulny i trochę nierzeczywisty. Gdzieś na dachu zamiauczał zbłąkany kot. - Nie było mnie tu tyle czasu – zamyśliła się Łucja – pewnie wszyscy o mnie zapomnieli. Myślisz, że ktoś pamięta? - Hę? – Lokis przerwał nieprzyjemne rozmyślania o stopniu zażyłości Łucji z chłopakami z podwórka – na pewno, Lisku. Na pewno zapomnieli, mieli inne zmartwienia, wiesz, życie w mieście jest ciężkie, walka o każdy kawałek chleba, każdy walczy o swoje... Wiesz, człowiek człowiekowi wilkiem, nie warto do tego... - ...a pamiętam jak chłopaki poszli o mnie na noże – Łucja zatopiła się na dobre w swoich wspomnieniach – cioteczka Jilly ledwie połatała Ryżego, a Czarny kulał potem aż do zimy... Zimą zatłukli go strażnicy, był kulawy, nie uciekał tak szybko jak dawniej... – uśmiechnęła się smutno – to niesprawiedliwe, że wszystkie dobre chłopaki zawsze odchodzą tak szybko. - Powiedz – odwróciła się do Lokisa, jej śliczne oczy zaszkliły się w świetle miesiąca – Nie dasz się zatłuc żadnym sukinsynom? Nie zostawisz mnie już samej? Będziemy żyli długo i szczęśliwie? - Nie zostawię – wyszeptał Lokis czując jak pod wpływem chwili przechodzi go dreszcz – nie zatłuką mnie, obiecuję. - To dobrze – wyszeptała dziewczyna i wtuliła się pod ramię elfa – to dobrze...
![]() [tu będzie wstawka typu ‘meanwhile’ z monkey island, ale obiecuję ją dosłać później – znowu się nie wyrobiłem, a nie jest ona istotna aż tak bardzo dla sprawy – skruszony WC]
![]() Przedpołudniowy zgiełk na ulicach przebudził Lokisa – pobyt na łonie natury odzwyczaił go od cywilizacji. Jakaś krewka gospodyni obrzucała właśnie stekiem bluzgów jakiegoś pechowego przechodnia, który nawinął się pod strumień zlewek i śmiał wyrazić się niepochlebnie o mieszkańcach tutejszej dzielnicy. O bruk stukała laska jednonogiego żebraka, dziecięce gangi przebiegały w te i we wte obrzucając się kamieniami, a szalony prorok obwieszczał gromkim głosem koniec świata. Rozpoczynał się kolejny, zwykły miejski dzień. Skądinąd elf wiedział, że nie będzie taki zwyczajny. We wszystkich gospodach aż huczało od plotek – za trzy dni miał się bowiem odbyć huczny festyn. Święto było niespodziewane, zarządził go sam Baron, obecny burmistrz Sivonu na cześć znacznego gościa z dalekiej Stolicy. Miejscowi przewidywali wiele atrakcji – podobno na rynku miały stanąć wielkie, dziesięciometrowe beczki pełne darmowego trunku, spodziewano się co lepszych grup skaldów – miał się pojawić Peter ze swoją kapelą Negatywnych Typów, Samael (biskup nie oponował, podobno ostatnio ich nekromantyczne teksty nabrały pro-religijnego zabarwienia); swoje przybycie zapowiedzieli nawet hołubieni przez nieletnich chłopców gejs-bardzi, reprezentowani przez Andy’ego ‘Sand’ Sandcastera, Rykiego Marcina oraz Michała Dżordża. Co prawda swiętobliwy Ojciec Tadeusz krzywo patrzył na te grzeszne uciechy, ale Baron zapewnił go, że w przerwach między hulankami mieszczanie zostaną rozanieleni występem zaproszonego specjalnie na tą okazję chóru kastratów „Skowronek”, którego sława obiegła już całe Imperium. Pewnym zgrzytem, który zepsuł Lokisowi radosny początek dnia było zniknięcie Łucji. Owszem – nie było powodów do niepokoju, alkohol spożyty poprzedniego dnia sprawił, że spał dosyć długo, dziewczyna mogła wstać rano i wyjść niezauważenie aby załatwić swoje sprawy, ale... Nie wiadomo co może się stać samotnej, bezbronnej kobiecie w tętniącej występkiem metropolii... Tym bardziej, że nie zabrała ze sobą łuku ani miecza. Spożywając śniadanie martwił się więc biedak, aż mu jajecznica wystygła. A jak spotka chłopaków z podwórka? A jak spotka tego co o nią na noże? Nieee – przecież kocha, a mówią, że jak kocha, to wróci... A jeśli...? - Zbrodnia! – okrzyk zbiegającego po schodach grubasa w staromodnej szlafmycy zwrócił uwagę wszystkich zgromadzonych w gospodzie. Ofiara zbrodni zatrzymała się na środku sali roztrącając zaskoczonych gości i tocząc pianę wrzasnęła oskarżycielsko, wymachując rękoma w bliżej nieokreślonym kierunku – łapać złodzieja!!! - Ależ – zaniepokojony gospodarz przytruchtał czymprędzej do jednego z najbardziej dochodowych klientów, który darł sobie włosy z głowy – to niemożliwe! Proszę pana, u nas, w gospodzie „Jak u mamy” trzymamy drzwi zawarte przez całą noc, nikogo nie wpuszczamy za próg. Kradzieże u nas są absolutnie wykluczone! A świadczymy usługi od roku pańskiego tysiąc osiemset... - Wszystkie pieniądze! Oszczędności mojego życia! Skandal! Wezwijcie straże! – nieskazitelna historia lokalu nie wywarła na rozpaczającym kupcu najmniejszego wrażenia. - Wszystkie pieniądze? – w umyśle gospodarza zaświtało niemiłe przypuszczenie – Wezwijcie straże! Zawrzyjcie drzwi! - Właśnie! Zawrzyjcie drzwi! Niech nikt nie opuszcza tego pomieszczenia! - uwaga wszystkich zwróciła się na niepozornego mężczyznę w binoklach, który podniósł się z krzesła przy stoliku w ciemnym kącie sali – złodziej może być obecny wśród nas. Niech nikt nie opuszcza swojego miejsca! Nawet ofiara zbrodni zaprzestała na chwilę wymachiwania rękoma i zamarła z rozdziawionymi ustami. - Aktoaktoaktoaktoakto... - usiłował z siebie wydukać. - A kto ja jestem? Czy o to chce pan zapytać? – pomógł mu aktywista spoglądając tajemniczo sponad okularów – Moje personalia są nieistotne. Powiem nawet, że dla dobra sprawy lepiej będzie, jeśli pozostanę incognito. Liczy się to, że ktoś tu padł ofiarą przestępstwa! A wśród gości najpewniej znajduje się sprawca zbrodni. - Ale jak?? – gospodarz z nadzieją spoglądał na spodziewanego wybawcę, który wyglądał, jakby wiedział co mówi. - Dedukcja! – zakrzyknął tryumfalnie mały człowieczek, a binokle nieomal spadły mu z nosa – Jako że Wszechświat jest misterną maszynerią podlegającą prawu przyczyn i skutków, akcji oraz reakcji, syntezy oraz analizy, fuzji i dyfuzji, frakcji i refrakcji... Ostatni pijany drwal, który do tej pory nie zważał na nic prócz dna kufla podniósł głowę, z wysiłkiem zmarszczył czoło i skupił wzrok na okularniku. - ...wynika więc z tego niezbicie, że ktokolwiek popełnił czyn niecny, wywarł na otoczenie, które jest układem zamkniętym – prelegent wskazał na drzwi – wpływ i wywołał skutek jakim było zniknięcie dóbr tego tu obywatela. A jako że skutek nieodwołalnie wiąże się z przyczyną, jeśli ktokolwiek w tym pomieszczeniu ukrywa jakieś niecne sprawki i matactwa i ma nieczyste sumienie, wnet wyjdzie to na jaw dzięki potędze nauki oraz tryumfowi szkiełka i oka nad bezrozumną metafizyką. Połowa klientów „Jak u mamy” zbladła i spojrzała spod oka na detektywa. - Oczywiście miałem na myśli sprawki i matactwa popełnione tu i teraz – poprawił się nieco speszony śledczy i nerwowo poprawił binokle. - Oblicza zatroskanych rozpogodziły się. Wyłączywszy ofiarę kradzieży, która płacząc osunęła się na kolana. - Buuuuuuuu! Nic nie rozumieeeeem! Ja chcę moje pieniądzeeee! Dorobek mojego życiaaa! Buuuuuuuu! Drzwi gospody otworzyły się, do środka wkroczyli strażnicy dzierżący okute pałki. Przewodził im niezbyt rozgarnięty kapral, który obrzucił wszystkich pobieżnym spojrzeniem. Ominął szarych mieszczan, średniozamożnych kupców, obsługę lokalu, obwieszonych bronią poszukiwaczy przygód, szalonego nekromantę, wątpliwej jakości ladacznice, ofiarę zbrodni, detektywa i gospodarza. I oczywiście wzrok zatrzymał na jednookim, elfie w zniszczonym ubraniu, który nie mógł się zdecydować, czy zjeść łyżkę zimnej od dawna jajecznicy, czy pozwolić jej nadal lewitować w połowie drogi do ust. - To ten? – zapytał gospodarza półgębkiem sposobiąc pałę do akcji. - Właśnie – okularnik wszedł w słowo tłumaczącemu się gospodarzowi i zwrócił się bezpośrednio do Lokisa – Co pan robił w nocy z dnia piętnastego na szesnastego Augusta Roku Pańskiego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego? - Uch! Widziałem go wczoraj z taką rudą! – Drwal zdołał z wysiłkiem wydobyć coś z siebie. Wydawał się z tego bardzo zadowolony – Miała duże balony, hehe... - Ja też widziałem... I ja... – życzliwe spojrzenia i wskazujące palce wymierzone w Lokisa stawiały go nieco w niezręcznej sytuacji. Kapral strażników przyłączył się do obserwatorów. - Hmm, otóż to... Kim jest pańska wspólniczka i gdzie znajduje się w tej chwili? – kontynuował dochodzenie samozwańczy inspektor – Należy to niezwłocznie wyjaśnić, zebrać odciski obuwia, ustalić wartość skradzionych dóbr... A w międzyczasie – spojrzał na strażnika – podejrzanego należy tymczasowo zatrzymać do wyjaśnienia sprawy. - Zatrzymać, a, to wiem! – ucieszył się kapral i robiąc marsową minę stanowczo poklepał pałą o dłoń, wielką jak pół bochna chleba. - Pan pójdzie z nami! – powiedział do Lokisa, kładąc ciężką łapę na jego ramieniu, a ciekawskich rozpędził formułką, którą musiał ćwiczyć już od dawna: – Proszę się rozejść, nie dzieje się tutaj nic ciekawego! Rezygnując z dalszego posiłku, elf opuścił łyżkę. A jeśli jednak spotka tego chłopaka z podwórka..?
Rozdział 18: Lokis w Mieście Nie wiem sam, ale jest we mnie coś takiego co działa na przedstawicieli prawa. Nie powiedzieli mi tego wprost, pewnie się wstydzą, ale jest jasne, że znajdują dużo rozkoszy w przebywaniu ze mną. Być może to to, że mam jedno oko. Albo to, że z reguły brzydko pachnę. Nie bez znaczenia będzie też zapewne fakt, że z zasady ubieram się wygodnie, a nie ładnie. Nie wiem. Kochają mnie i tyle, podli zboczeńcy. Z uwagi na fakt, że są zboczeni, ich miłość jest ciężka do zniesienia i- mimo silnego poczucia winy- nie potrafię jej odwzajemnić. W zasadnie czuję do nich daleko posunięta antypatię. Ten ranek z pewnością nie miał zmienić mego nastawienia. No bo przecież: siedzę sobie przy śniadaniu, za które przecież zapłaciłem z góry. Myślę o małej puszczalskiej łuczniczce, która zapewne właśnie w tej chwili obłapia się z jakimś budrysem w podłej atrapie porządnej knajpy. Nie mam nawet na małe piwo. Aż tu nagle ktoś podnosi lament, że go okradli, robi raban, potem jakiś cudak opowiada o świństwach, których nikt nie rozumie, a na końcu wchodzą pałkarze i się do mnie przyczepiają. Bez sensu, jak z kiepskiej powieści. Siedziałem tak z łyżką zastygłą w pół drogi do ust, glut jajecznicy zwisał ze sztućca, a ja gapiłem się na strażników i zupełnie nie wiedziałem co się dzieje. - Pójdzie pan z nami- powtórzył pałkarz. - Nie sądzicie, że popełniacie wielki błąd?- zapytałem. - Hę? - Kim są wasi bracia? - Hę? - Kim jest twój brat?- zwróciłem się do najbliższego z pałkarzy. - Mój... Krawcem... - I byłoby ci miło, gdyby go ot tak, zatrzymali? W czasie jedzenia śniadania? Bez winy? Bez dowodów? - No, nie... Ale rozkaz... - Rozkaz!!! A strzeliłbyś do brata z rozkazu? Podłość, podłość nad podłościami, lud zgnębiony pod jarzmem tyranów i brat brata krew przeleje w imię słów ludzi małych a podłych, których jeno dźwięk złota serce rusza. Niczymś ty w ich oczach, jako puch marny, jako narzędzie wysłużone dla nich jesteś, a brat twój jako podnóżek u najpodlejszej z ich kurtyzan służy. Bowiem nie mają oni dusz a litą skałę, nie mają oni serc, a jeno kamień nerkowy, żółcią oblany, w ekstrementach najpodlejszych wynurzany. Usta ich jako bramy piekielne, a język ich jako u żmija rozdwojony i zęby kąsające. Zaprawdę, dziś ja wam kazać będę, a słowo moje bramy wszetecznego piekła przemoże, bowiem wielka jest potęga ludu, a małość możnych obnażona jako dziewica w dzień wielkiej pożogi zostanie i jeno płacz i zgrzytanie zębów w możnych domach kiedy lud umęczoną skroń podniesie, ręka mocarna na wysłużonym stylisku zaciśnięta rozgniecie węża i hydrę ubije! Nagle zdałem sobie sprawę z ciszy jaka zapadła w gospodzie. Jakaś mucha nie umiejąc się zachować brzęknęła skrzydełkami, ale szybciutko jej przeszło i zawstydzona usiadła w kąciku kontemplując sytuację. Jeden z pałkarzy nerwowo poruszył się i z lękiem popatrzał na piwo, które przed chwilą zabrał mikremu klientowi siedzącemu przy jednym ze stolików. - Co on pił?- spytał się gospodarza - Nic nie pił... Jaja jadł- odparł tamten lekko zaniepokojony. - Czy ktoś jeszcze jadł jaja? - Ja jadłem - trzęsący się staruszek usiłował wstać z miejsca pod oknem. Nagle jego twarz poczerwieniała, usta spazmatycznie zaczęły łapać powietrze. Chwycił się ręką za serce i runął jak długi na podłogę. Nie do uwierzenia, ale zapadła jeszcze większa cisza. - Skąd kupujesz jaja?- zapytał się pałkarz. Gospodarz zbladł i cofnął się pod ścianę. - Normalnie... Z gildii... - A kwity masz? - No... właśnie... Wczoraj było pranie, żona wyprała i tak jakoś... - A mi się wydaje, że nie w gildii kupujesz... Mi się wydaje, że przemyt popierasz, a naszych panów okradasz... Przykaz był by w gildii kupować? Był. Nieładnie, nieładnie... Pan festyn organizuje, pieniążki wydaje, a ty mu tak odpłacasz? Karczmarz rozpłakał się. - Ale co ja mam poradzić! Myta, podatki takie duże, że jeno gospodę zamknąć i na żebry dziatki wysłać, a jeszcze przylazły, tu kupywać, a tam nie. A tu gdzie każą ceny jako iglice zamku wysokie. Ja pana naszego kocham i kochać będę, takoż żonka moja, jeno co po kochaniu, jak w grób złożony jesteś, a brzuch tak pusty, że nawet te robaczki małe co na ścierwie świętują wyklinać zaczynają i stwórcom złorzeczą... - Wy mi Wacek nie fizolofujcie. Przestępstwo było to i kara musi być. Wy z nami pójdziecie. - O losie mój losie, patrz na niewinność moją- zajęczał zrezygnowany karczmarz. Rozejrzałem się po sali. Właściwie wszyscy interesowali się rozwojem wydarzeń. Z tego co widziałem to duża część miała z tego wszystkiego dobry ubaw i darmową poranną rozrywkę. Nie mniej na części twarzy widać było jawne oznaki niezadowolenia i rosnącego buntu, niechęć do poborców podatkowych jest głęboko zakorzeniona w każdym na tyle rozwiniętym społeczeństwie, które jest na tyle głupie by ich tolerować. - Panowie!- powiedziałem wskakując na krzesełko- I pani- zwróciłem się do bezzębnej kurtyzany siedzącej na kolanach całkiem już- mimo wczesnej pory- pijanego drwala. Kobieta odwróciła swą uwagę od mozolnych prób przegryzienia sznurka sakiewki i spojrzała na mnie złym okiem. - Oto jawny przykład autokracji. Chciałem rzec- samowoli! Ilu z was dostało wczoraj od tego zacnego człowieka piwo? Ilu z was ma u niego kredyt? Ilu z was sprzedało u niego znalezione na ulicy precjoza, broń? A być może ktoś odszukał u niego zagubione ongiś glejty? Nie, bracia, nie można tak stać, kiedy człowiek tak zacny, tak prawy, tak nieskalanie uczciwy cierpi krzywdę od tych, których prawem i obowiązkiem jest chronić go i osłaniać. Tak być nie może!!! Po ostatnim okrzyku zakończyłem dobitnym walnięciem stopą w stół i potoczyłem wzrokiem w około. Jeden z pałkarzy ruszył w moją stronę. Nagle któryś z drwali trzasnął łyżką o stół i rzucił przez zaciśnięte zęby: - Tak być nie może! Jego kolega poderwał się zza stołu i potężną drewnianą miską trzasnął w głowę kolejnego strażnika. Ten zawył kiedy gorąca zupa zalała mu oczy. Wtedy się zaczęło. Z radosnym gniewem w oczach, przydeptując martwego staruszka, klientela lokalu zaczęła zadymę o jakich później skaldowie piszą opowieści i wystawiają jasełka. Niemrawa do tej pory grupka drwali jakby ożyła na nowo. Któryś podniósł w powietrze ciężką drewnianą ławę i rzucił w strażników, jakiś drugi powyrywał z innej ławy deski i rozdał kolegom. Kurtyzana piszcząc rzuciła się pod stół. Reszta klientów lokalu starała się na swój sposób pomóc walczącym wrzeszcząc, wywracając krzesła lub po prostu uciekając, drzwiami, oknami, a nawet kominem (jakiś desperat wlazł do kominka, który z racji wczesnej pory był jeszcze wygaszony). Czas było się zwijać. Niemniej najpierw chciałem załatwić sprawę z konusem w binoklach, który z nie wiadomo jakiego powodu umyślił sobie mnie wystawić na strzał, podczas gdy- wyjątkowo, przyznaję- byłem niewinny. Gość kulił się właśnie pod jedną z ław i trząsł cały. Tuż koło niego rozbił się kufel z piwem i ochlapał mu szkła. Facet pisnął i skulił się w sobie zaciskając ręce na małej główce. Na czworakach podszedłem do niego, wyjąłem z cholewy nóż, przyłożyłem draniowi do szyi i powiedziałem: - A teraz serdeńko powiesz mi dlaczego mnie chciałeś wystawić... I lepiej żebyś mówił szybko bo jestem umówiony... Rozumiesz, panienka stygnie... Facet zaczął coś bełkotać. - Masz wybór. Albo szybko i wyraźnie mi odpowiesz, albo- tu pociągnąłem lekko po jego szyi. Z nacięcia wyłonią się miła oku każdego szelmy kropelka krwi. Nie zareagował. Nagle jakby odzyskał spokój i spojrzał na mnie twardo i hardo. - Tnij, jeśli wola. Ja mówić nie będę. A ciebie i tak znajdą... Albo ja, albo moi... koledzy. - Jak chcesz - powiedziałem i poderżnąłem mu gardło. Zdecydowanie zaczęło mnie to wszystko denerwować. Pospiesznie obszukałem trupa. Nie miał przy sobie nic co mogłoby zdradzić jego tożsamość, mocodawców bądź cele. Z pewnością jednak był mężczyzną. Zabrałem mu sakiewkę i szkła. Takie szkła to był majątek i jak się wiedziało gdzie je sprzedać to można na tym było nieźle zarobić. Obok nas leżał jeden z pałkarzy. Wcisnąłem mu w rękę mój nóż. Bolała mnie ta strata, ale w końcu trzeba było ratować skórę. Poza tym pozostały mi jeszcze dwa ważone, a to w końcu najważniejsze. Przesypałem zawartość sakiewki do kieszeni zostawiając dla niepoznaki trochę drobnych po czym sakiewkę umieściłem w drugiej ręce trupa. Wszystko razem trwało mgnienie oka. W następnym mgnieniu czołgałem się już w kierunku drzwi. Walka trwała w najlepsze, wydawało się, że drwale biorą górę. Przyłączyło się do nich paru bardziej krewkich gości gospody. Znając utarte reguły wiedziałem, że na pewno gospodarz posłał już kogoś po straż wiedząc, że zniszczenia wywołane bójką wyniosą więcej niż kosztować go będzie chłosta i grzywna, tak że naprawdę należało się spieszyć. Wyczekałem na odpowiedni moment i wytoczyłem się prosto w jasne słońce poranka. Na ulicy, zwabieni odgłosami tłoczyli się gapie. Nikt jakoś nie zamierzał wejść do środka, wszyscy natomiast złorzeczyli na burdy i obcych, którzy przyjechali na festyn i wszczynają burdy. Nie może dziwić wobec tego jak przywitali jednookiego, zakurzonego obdartusa, który na czworakach wytoczył się z lokalu. Kopniaki i przekleństwa spadły na mój udręczony kark, nie mniej w tamtej chwili było mi to na rękę. Dalej na czworakach, nie pokazując twarzy szerszemu ogółowi potoczyłem się w uliczkę biegnąca koło bocznej ściany gospody. Kiedy zniknąłem z oczu gapiom, wstałem, otrzepałem się i pogoniłem co sił w nogach byle dalej od gospody. Gdzie była Łucja? Nie wiedziałem i nie zanosiło się bym mógł się dowiedzieć. Sądząc z tego co mówiła wczoraj wieczorem to tęskniło jej się za starą paczką, w porządku, tylko, że ja nikogo z tej paczki nie znałem. Poza tym to miasto było ogromne, raz w życiu byłem w Sivonie i pamiętałem jakie wrażenie zrobił na mnie wtedy. Widziałem ledwie dziesiąta część, a i tak zwiedziłem trzy targi, paręnaście gospód i wyszynków, od najpodlejszych melin, gdzie gospodarz jest za biedny nawet na pasera, do naprawdę bogatych zamtuzów, gdzie dostajesz naprawdę dobre ceny i stosunkowo dobre kobiety, przechodziłem obok wielu świątyń i niezliczonej ilości burdeli, wylewano na mnie nieczystości z okien położonych tak wysoko, że widoku z nich nie przesłaniały korony rosnących tu i ówdzie drzew, mijałem tylu ludzi ilu nie spotkasz kiedy indziej i przez rok. To wszystko mi się przypominało kiedy tak szedłem przez Sivon, bez celu, starając się nie rzucać w oczy i usilnie pragnąc znaleźć się w dzielnicy latających noży- tam bowiem nie sięgała pedalska ręka prawa. Nie bardzo mi się to udawało, jakoś cały czas miałem wrażenie, że na oko to robi się co raz bogaciej wokoło, a nie co raz biedniej. Cos mi nie grało, szedłem przecież w stronę rzeki, a tam zazwyczaj zbiera się cały motłoch. Kamienice wkrótce zaczęły wyglądać jak kościoły w mniejszych miastach, rzeźbione framugi, reliefy, rozetki i inne takie pierdoły, które nie są za nic użyteczne, ale za to mówią wszystkim, że ich właściciel jest na tyle bogaty by mógł olewać wszystkich wwalając tyle złota w tak bezwartościowe przedmioty piętrzyły się przed moimi oczami jak monumentalny pomnik niesprawiedliwości społecznej. Ładnie utrzymane ogródki i ludzie, którzy się tak nie spieszyli jak ci w biedniejszych dzielnicach. Dopiero jak sobie o tym pomyślałem, to przyszło mi na myśl, że tak samo jak ja widzę różnicę, tak samo i oni ją muszą widzieć. W tej dzielnicy musiałem być widoczny ja gówno na sukni panny młodej. Faktycznie, spostrzegłem, że wiele osób wytyka mnie palcami, parę zasłaniało też nosy co mnie nieprzyjemnie ubodło. Miarka się przebrała kiedy jakaś czysta matka zasłoniła swemu czystemu synkowi oczy, by na mnie nie patrzał. Trzeba było się stąd stanowczo zwijać. Na szczęście doszedłem do rzeki skąd miałem widok z szeroką panoramą otaczających mnie terenów. Teraz zrozumiałem dlaczego mimo iż byłem nad rzeką znajdowałem się w najwidoczniej ekskluzywnej dzielnicy. Otóż przebywałem teraz w części miasta położonej w górnym biegu rzeki, właściwi na jego rubieżach. Im dalej w dół tym więcej szlamu, mułu i syfu niesie woda i tym mniej bogaczy. Trzeba było się tam przedostać i wtedy dotrę do wymarzonego celu mej podróży. Ponieważ podróż zajęła mi cały dzień i Słońce chyliło się już ku zachodowi postanowiłem się przespać w nadrzecznych krzakach, a rano ruszyć w dalsza drogę. Tak też się stało, noc była zimna, jednakże nic się nie wydarzyło i nad ranem rześki i wypoczęty wziąłem kąpiel w rzece. Następnie wyprałem moje zakurzone łachy i poczekałem jeszcze jakiś czas by zrobiło się cieplej i rzeczy przeschły. Potem poszedłem w dół rzeki. Poprzecinana była licznymi mostami. Tablice głosiły „Most Pański”, „Most Topielca”, ”Ostatni Most” (jeden ze środkowych...) „Kwietny Most”, „Krowi Most”, były też liczne inne, o jeszcze ładniejszych nazwach. Nad wodą, korzystając z ciepłego dnia, baraszkowały dzieci, niektóre doglądane przez szacowne matrony, niektóre samopas. Parę razy musiałem wykręcić drobne rączki chciwie szukające mojej sakiewki, raz doprowadziłem do porządku chudego wyrostka, który chciał mnie obrabować- przyłożył mi nóż do brzucha i trzęsącym się z podniecenia głosem zażądał pieniędzy. Kiedy zobaczył mój nóż przy swojej szyi wycofał się grzecznie, co tylko dowodzi, iż sytuacja, która z pozoru jest patowa wcale nie musi taką być. Martwiłem się o Łucję. Nie wiedziałem gdzie jest i co się z nią dzieje. Przeklinałem siebie za to, że nie uwzględniliśmy planu awaryjnego, jakiegoś miejsca spotkania, czegokolwiek. Bałem się wrócić pod gospodę, w ostateczności może w czasie festynu, jak ruch będzie na okrągło- to mógł być nawet dobry plan, Łucja też powinna na to wpaść. Z lekka tez niepokoił mnie ten dziwny człowieczek, którego zarżnąłem w gospodzie. Dlaczego przyczepił się właśnie do mnie? Kto na mnie zagiął parol i dlaczego? Starzy wrogowie? Niemożliwe, w tym miejscu nie byłem tak długo by zarobić sobie na tak odporną na czas nienawiść. Wobec tego- co? Czy udał mi się mój plan z nożem i sakiewką, czy też będę poszukiwany za morderstwo... Musiałem gościa zabić, jeżeli mnie szukali to zyskałem na tym parę godzin, a może nawet parę dni. To powinno pozwolić na załatwienie wszystkich spraw jakie Łucja miała tu do załatwienia. Potem będziemy mogli ruszyć dalej. Zmierzchało już kiedy wszedłem w zabudowania podłej nadrzecznej dzielnicy. Rozpadające się rudery, szarzy ludzie i nieludzie snujący się to tu to tam niby bez celu, ale jedna na swój uporządkowany sposób, pozorny bezruch, który może w mgnieniu oka uwolnić paru kolesi z nożami ostrymi jak zimowe powietrze. Nie lubię takich miejsc, ale one lubią mnie. Ci ludzie nie wyglądali na takich, którzy przyjmą cię pod swój dach, dadzą jeść, a potem w nocy nie okradną do ostatniej nitki. Nie, zdecydowanie nie wyglądali miło. Jedyną oazą spokoju jaka może się trafić w takim miejscu jest gospoda, której właściciel jako lokalny paser ma środki majątkowe do wyegzekwowania spokoju i względnego porządku na terenie swojej posesji. Wszyscy na to przystają, bo każdy kiedyś w gospodzie musi się zatrzymać.... Tak sobie filozofowałem i szedłem pomiędzy sznurami z brudnym praniem. W końcu doszedłem do podłej budy, która ledwie imitowała oberżę. „Pod Krukiem” widniało na szyldzie i coś jeszcze było dorysowane, skrzyżowanie byka z dżdżownicą, posiadało dziób. Sądzę, że artysta uwiecznił na kawałku deski swą wizję kruka. Cóż... Wszedłem do środka. Wewnątrz siedziały trzy osoby, mężczyzna i kobieta, pijani przytulali się do siebie w kącie, przy pierwszej ławie spał samotny elf w podartej kurtce i zabrudzonych olejem spodniach. Przed nim stał do połowy opróżniony dzban z piwem. Za barem wychudzony, wysoki jak topola oberżysta kręcił szmatą w jakimś szkle i bacznie, ze znawstwem mnie lustrował. To co zobaczył chyba go uspokoiło gdyż wyjął rękę spod lady i powiedział bym zamknął za sobą drzwi, bo wypuszczam ciepło. Wszedłem do środka i poprosiłem o piwo. Na sakramentalne pytanie o kolor moich pieniędzy pokazałem trochę miedzi, na tyle dużo by mnie dobrze traktować i na tyle mało by nie zlecić jakimś kiziorom zamordowania mnie dwie przecznice stąd. Dostałem pokój i jedzenie. Pokój był sześcioosobowy, ale wyglądało iż tej nocy byłem w nim jedynym gościem. Jedzenie było pode, ale nie miałem wyboru. Kiedy się najadłem i napiłem, zawołałem gospodarza i kazałem usiąść koło mnie. Zgiął swe wielkie ciało i usiadł, nawet jak siedział sprawiał wrażenie olbrzyma. Pokazałem mu okulary mikrego. - Mam dobry wzrok... - Może dla babci? - Babcia, bogom dziękować tez nie narzeka... - A co u szanownego dziadziusia? - Po staremu. - A jak ze wzrokiem? - W zasadzie źle. Dziadzio nie żyje. - Przykro mi. - Wierzę. - Tu dużo ludzi przychodzi? - Dużo, a jakże. - Dzisiaj mniej... - Tak wyszło - powiedział i spojrzał na mnie z nagłą niechęcią. Wypytywanie jest źle widziane w pewnych kręgach. Podniosłem ręce gestem oznaczającym niewinność. - Nic mi do tego kto i kiedy tu przychodzi. Pomyślałem sobie, że ja tego- tu pokazałem na szkła- nie potrzebuję. Ty możesz komuś zrobić , powiedzmy, prezent. I ja ci to mogę, powiedzmy, zostawić... - Tak po prostu? - A tak. - Bez niczego? - No, powiedzmy, mam małą prośbę. Niedużą. - Słucham. - Ruda, drobna, ładna kobieta. Człowiek. Łucja jej imię. Inne osoby: Jilly, Ryży. Są stąd, nie wiem czy jeszcze żyją, starzy znajomi Łucji. Żyła z mundurowym, potem uciekła z miasta, teraz wróciła. Szukam jej. - Po co? - Przyjechała ze mną. Zgubiliśmy się. - Gdzie? - Ja się ciebie nie pytam o szczegóły, zrób mi ta samą przyjemność. Znajdź ją i to jest twoje. Sam wiesz ile to jest warte. - Nie wiem, zobaczę co się da zrobić. Niczego nie obiecuję, mam duże koszta... Ludzie, materiały, sprzęt. Tak mało danych, tak mało... Dałem mu zaliczkę i poszedłem spać.
Rozdział 19
![]() Lodowaty strumień boleśnie spłynął wzdłuż kręgosłupa elfa przywracając go do przytomności. Błyskawicznie dokonał oceny sytuacji. W ciasnym, ciemnym pomieszczeniu stało nad nim trzech ludzi. Szarpali go, coś mówili. Ten, co stał najbliżej jadł dzisiaj czosnek. A może trzy dni temu? Jego przekrwione oczy wyrażały złość, determinację oraz okrutną ciekawość podszytą odrobiną lęku. Lokis pogratulował sobie w duchu przenikliwości i zajął się analizą ciasnych więzów na przywiązanych do krzesła nadgarstkach. Niestety, były solidne. Elf rozpoczął dyskretne próby przetarcia sznura usiłując zmusić obolały mózg do wysłuchania natarczywych pytań szczerbatego obdartusa. - Kim jesteś szpiclu? Skąd Czarni wiedzieli o melinie Krótkiego? - Hmmmpf? - Kto i kiedy? Dla kogo pracujesz psi pomiocie? – szczerbaty zamierzył się na Lokisa groźnie wyglądającą pałką; jeden z pozostałych zatrzymał jego rękę w połowie drogi. - Uważaj bracie! On ma żyć. I mówić – skarcił przesłuchującego draba. - Dobra, dobra, towarzyszu Prędki – wymruczał szczerbaty – co będzie to będzie, a i tak skończymy z nim jak z innym pachołkami Systemu. - Ale nie nam o tym decydować, pamiętajcie – pouczył gniewnie Prędki i ponownie skrył się w cieniu. – I nie zdradzajcie wrogom Sprawy mojego kryptonimu! Kontynuujcie. - Kto cię przysłał? Czego szukałeś „Pod Krukiem”? – szczerbaty jakby spokojniej zadał pytanie, po czym sprawnie przestawił kaganek stojący na stole tak, że świecił prosto w oczy więźnia. - No więc, towarzysze, chodzi o to... – usiłował rozpocząć elf, który zaczął domyślać się o co może tu chodzić, ale ku jego nieszczęściu ktoś trzykrotnie zapukał do drzwi. Szczerbaty szybko wepchnął szmaciany knebel w usta elfa, a Prędki stanął za drzwiami z wydobytym_niewiadomo_skąd nożem. Trzeci bandyta zniknął w kącie. Zawiasy skrzypnęły cichutko, do środka wśliznął się zdyszany wyrostek. Rozejrzał się po pokoju, spojrzał na Szczebatego stojącego nad przywiązanym do krzesła więźniem i wyrzucił z siebie na bezdechu: - Viva la Resistance! Prędki schował nóż.
![]() Spadająca gwiazda przecięła granatową połać nieba upstrzoną tysiącami klejnotów. Siedząca na cembrowinie studni dziewczyna podciągnęła kolana pod brodę i westchnęła rozmarzona. Jej oczy zalśniły, po policzku spłynęła samotna łza. Łza szczęścia? Może smutku za tym utraconym? Nie dowiemy się, bo dziewczyna otarła ją ukradkiem słysząc zbliżające się kroki. Mężczyzna bez słowa usiadł obok podając jej wyszczerbiony kubek. Sam napił się z drugiego, zapatrzył na profil rudowłosej. - Zmieniłaś się Łucja, wiesz? – popatrzył w gwiazdy, w ślad za jej spojrzeniem. – Wiele się zmieniło. Dziewczyna milcząc siorbnęła z kubka, zakrztusiła się, upiła po raz drugi. Daleko, gdzieś w lepszym zakątku miasta zakrzyknęły na siebie strażujące patrole. - Nie jesteś już taka... – długo szukał słowa wpatrując się w dal, w końcu dał spokój. – Nikt nie wierzył, że wrócisz. To znaczy, Ciotka ciągle mówiła, ale chyba sama w to nie wierzyła... - A co z Klaudią? – ożywiła się Łucja. – Udało jej się wyrwać z miasta? Zawsze marzyła o podróżach, przygodach, pięknych i odważnych awanturnikach... Kiedyś o mało co nie wyprawiłybyśmy się do Stolicy z jednym takim, co służył u kupca z Sahudu... na szczęście Ciotka... - Szczezła w rynsztoku – odpowiedział smutno towarzysz Łucji i spojrzał jej prosto w oczy – Klaudia zeszła na syfa. Załatwił ją piękny i odważny awanturnik, który nie miał nic innego do zaoferowania, no może prócz swoich opowieści. Będzie już rok z okładem... - Ale, ale... czemu? Nie dało się nic pomóc? Przecież doktor Piotr..?! - Nic z tego. Baron wprowadził podatek od spędzania ciąży, leczenia czyraków i wszelkich innych zabiegów, niezależny od pobieranych za leczenie opłat. A że stary doktor nie brał od nas wiele, poszedł z torbami... – popatrzył pod nogi i splunął. – Wtedy też przyszły wielkie mrozy. Masz szczęście, że spędziłaś zimę gdzie indziej... Codziennie rano straże wywlekały tak z tuzin ciał z ciemnych zaułków. Ludzie padali jak muchy. Bez opału, jedzenia nie było szans – lichwiarze narzucili straszne ceny za drewno, po opał trzeba było chodzić daleko nad rzekę, albo w las, za miasto. Niektórzy próbowali kraść ze składu, ale Burmistrz powywieszał kilku dla przykładu, to przestali. Ciotka chodziła więc jak wszyscy, stara była, rozchorowała się. Pluła krwią, kaszlała – nie było szans. Umarła na moich rękach. Wielu wtedy umarło, a Baron jeździł na polowania i kuligi... A wystarczyło otworzyć skład drewna, rozdać resztki z uczt i hulanek... - Och... - Ten stary cap myślał o wszystkim, tylko nie o ludziach. Ale przebrała się miara – któregoś dnia zobaczyliśmy rodzinę starego Hektora prowadzonego w dybach przez straże. Złapali go w lesie ludzie barona podczas polowania, był razem z siostrzeńcem. Zamiast schować się po krzakach ośmielili się prosić Barona o łaskę, nie chcieli też porzucić nazbieranego drewna i złapanego w sidła zająca. Ukarano ich zatem, dla przykładu, za kłusowanie – nie popuścili nawet bachorom. Wypędzili ich z domu, całą noc mieli spędzić na mrozie, skuci na Placu Lamentu... – opowiadający zazgrzytał zębami – To przebrało miarę. - Bogowie! Przeżyli jakoś? – do Łucji powoli zaczęło docierać, że ludzie potrafią być gorszymi od bestii, z którymi stykała się żyjąc w leśnej głuszy. Z tymi drugimi można było przynajmniej jakoś walczyć... - Zebraliśmy się w kilku, z Gienkiem i synami kowala, zawinęliśmy głowy szmatami coby nas nie rozpoznali i zakradliśmy się tam przed północą. Strażnicy, psie syny, grzali się przy koksowniku – piekielnik Baron dobrze dbał o swoich, najgorsze mendy miały u niego dobrze... Było ich kilku, ale niczego się nie spodziewali, nikt nie śmiał podnieść ręki na ludzi Barona. Takoż i my, mieliśmy ich ogłuszyć, przegonić i uwolnić nieszczęśników z dyb – niechby ich potem szukali po całym Zarzeczu. Z początku nikt nie myślał o tym, by robić krzywdę strażom. Kiedy jednak zobaczyliśmy strażników kłócących się o wnuczkę Hektora, która rozumiesz, miała dopiero dwanaście lat... Co miałem zrobić? Wyrwałem chwasta. Gdy uderzałem raz za razem i słyszałem trzask pękających kości, myślałem tylko o tych długich miesiącach pełnych nędzy, chorób i poniżenia podczas gdy te ścierwa ucztowały w najlepsze na naszej krwawicy... Krwawicy, którą spijał ten sługus piekieł ubrany w piękne szaty i mieszkający w kosztownych komnatach, za które możnaby odkupić życie wszystkich, których zabrała ta zima... Nie wiem kiedy i jak odciągnęli mnie od krwawego ochłapu, w który zamienił się strażnik, ale kiedy zobaczyłem cośmy zrobili pojąłem, że nie ma dla nas odwrotu. Łucja patrzyła na opowiadającego mężczyznę z mieszaniną lęku i zachwytu. Kiedy mówił, w jego oczach zapalał się ogień, który czynił z niego kogoś więcej niż chłopaka z podwórka z dawnych lat. Dziewczyna nie dostrzegła tego wcześniej, ale Czesiek nie był już dawnym beztroskim łobuzem, którego znała – on miał po co żyć! - Nie było łatwo. Baron tylko z pozoru był leniwy i ciotowaty, przywykły tylko do uczt i zabaw. Znał się dobrze na polowaniach i urządził piekło. Wyznaczono wysokie nagrody. Nas nikt nie poznał, ale Hektora nie udało się przemycić za mury. Umierał długo dając przykład buntownikom – powiedział z goryczą. – Kiepski był to przykład. Stary do końca złorzeczył okrutnikowi i wzywał lud do buntu, dopóki oprawcy nie pozbawili go języka. Uczciliśmy więc jego pamięć, skład tkanin prowadzony przez syndykat kupiecki siedzący w kieszeni Barona płonął długo – długo też nie można było spokojnie mieszkać na Zarzeczu. Na każdy jednak cios władzy podnosił się jednak większy opór i coraz więcej towarzyszy stawało do walki o słuszną sprawę. Szykowaliśmy się już do wielkiego powstania, kiedy de Bellem uderzył z niespodziewanej strony. Nagrody Barona skusiły niektórych, innych zmuszono do współpracy grożąc im życiem bliskich. Tamtej pamiętnej nocy przed wybuchem buntu przybrane na czarno sługusy Barona wtargnęły do domów w których gromadziliśmy się knując spisek i urządziły nam krwawą łaźnię. Niewielu udało się uciec, inni zostali schwytani po przesłuchaniach. Swoje życie zawdzięczam tylko temu, że w walce z Czarnymi zginęli wszyscy towarzysze, którzy znali moją twarz. Zdrajcę naszej grupy zabiłem własnoręcznie. Łucja popatrzyła na Cześka z lekkim przestrachem. Pod wpływem pełnego obaw spojrzenia chłopak powrócił do rzeczywistości. Chwycił dziewczynę za rękę i szybko począł się tłumaczyć, uspokajać: - To nie jest tak jak myślisz, nie obawiaj się, Łucja. Z tobą mogę rozmawiać, ciebie znam od małego. Nie wiesz, jak ciężko jest żyć, kiedy nie można z nikim porozmawiać, gdy trzeba się obawiać każdej nowej twarzy. Proszę cię, nie bój się mnie, maleńka. Wysłuchaj... – uspokoił się nieco widząc, że strach dziewczyny przeradza się w troskę. Powoli, nie puszczając jej dłoni kontynuował ściszając głos. – Na nielicznych pozostałych padł blady strach. Nikt nikomu nie ufał. Pewnie to chciał osiągnąć Baron i byłoby mu się udało, gdyby nie Dobroczyńca. Skontaktował się ze mną tak, że nie miałem wątpliwości co do jego intencji – gdyby chciał, Baron miałby mnie na widelcu. Dał do zrozumienia, że nie jestem mu potrzebny do wytropienia współspiskowców, podał namiary na kilkunastu ocalałych z pogromu, co do których nie miałem wątpliwości. Wiedział o nas więcej niż możnaby przypuszczać. Pomógł znaleźć potrzebne środki, broń oraz stworzyć strukturę, która umożliwiła dalszą walkę, może mniej widowiskową niż dotychczasowe przejawy buntu, ale niemniej skuteczną. Niejeden posłaniec Barona został zdławiony w lesie, niejeden list nie dotarł do adresata. Dzięki wskazówkom Dobroczyńcy staliśmy się bardziej skuteczni. Tam gdzie nie wystarczały maski, egzamin zdała struktura złożona z komórek, których członkowie nie znali się nawzajem. Jesteśmy teraz solą w oku władców Sivonu i niestety, większość swoich zwycięstw zawdzięczamy nieznajomemu, który pomaga nam nie wiadomo w jakim celu – Czesiek zaśmiał się kwaśno i strząsnął na ziemię ostatnie krople wina z opróżnionego kubka. – Mam nadzieję, że doczekam czasów, w których dobroczyńcy nie będą nam potrzebni i ludzie będą mogli po prostu żyć bez strachu o własny dorobek zamiast nędznego egzystowania jako trybiki w maszynie nabijającej kabzę możnym... - ...i w których – dodał już łagodniejszym tonem, patrząc w oczy przejętej dziewczynie. – młodzi ludzie będą mogli usiąść pod gwiazdami i nie myśleć o tym jaki zły jest ten świat, tylko rozmawiać o sobie – [ich twarze zbliżały się powoli] – o przeznaczeniu, które sprawia, że spotkali się po latach rozłąki – [cel w zasięgu] – i wielu zimnych, samotnych nocach spędzonych na marzeniach o miłości – [mangowy refleks księżycowego światła w maślanych oczach Łucji; niski, chropawy, męski głos Czesława] i gromadce dzieci dorastających w świecie Wolności, Równości, Braterstwa... Przytulone do siebie postacie nie widziały świata. Nie usłyszały też biegnącego posłańca. Dopiero na jego głos odskoczyły od siebie, jak złapani na gorącym uczynku. - Wolność, Równość, Braterstwo! Viva la Resistance! – wykrztusił z siebie zdyszany wyrostek, wbiegając na plac. – Mamy szpiega, towarzyszu Cze.
![]() - Nie możesz iść ze mną. I tak za dużo wiesz, a niektórzy towarzysze nie znają cię tak dobrze jak ja – przepraszającym tonem powiedział Czesiek, kiedy posłaniec zniknął w ciemnym zaułku. – Poza tym, to nieprzyjemna sprawa, szpiedzy Barona nieprędko oddają swoje tajemnice. Wiedzą, że nie pomogą im żadne wyznania, do końca trzymają więc język za zębami. Nie powinnaś oglądać... - No właśnie! – Łucja najwyraźniej nie mogła pogodzić się z tą decyzją – Może będzie coś wiedział o tamtej oberży, gdzie rozstaliśmy się z Lokisem. To przecież nie może być... - Z Lokisem? – Czesiek spojrzał na dziewczynę pytająco. - No wiesz, z tym elfem, o którym ci opowiadałam. Zrobiła się tam niezła chryja, nie udało mi się nawet odzyskać dobytku. Mojego najlepszego cisowego czterdziestofunciaka diabli wzięli... No i nie udało mi się go odnaleźć, a mówił, że nigdy nie był mieście – mogło mu się coś stać, nie zna Sivonu. Może błąka się teraz samotnie w jakimś ciemnym zaułku? – zmartwiła się Łucja – Czasami jest taki nieporadny... Proszę, Czesiek, pomóż mi go odnaleźć... - Ale dlaczego? – Chłopak popatrzył na nią zdziwiony. Źle skrywaną niechęć można było wyczuć w jego głosie – Przecież mówiłaś, że to jakiś awanturnik-obdartus, w dodatku niezły gagatek... Taki jak on nigdy nie zginie, a pewnie już dawno o tobie zapomniał... - Bo ja... Widzisz, ja go... Bo ja go trochę zdążyłam polubić chyba. – Wykrztusiła z siebie zakłopotana dziewczyna. – Poza tym mam u niego dług. I muszę go znaleźć – dodała już bardziej pewnie. – Jest całkiem dobry w tym co robi i mógłby pomóc sprawie – spojrzała na chłopaka w sposób, który rozwiewa wszelkie wątpliwości. – A ja byłabym bardzo wdzięczna, gdybyś pomógł mi go odszukać... Bo kto go odnajdzie, jak nie ty? - Hmmm... tak, tego. Możesz na mnie liczyć... Ale teraz – obowiązek wzywa. Do zobaczenia. – młody spiskowiec zniknął w ciemności. Łucja popatrzyła za nim, westchnęła i poszła sobie dolać wina.
Rozdział 20 Poza tym, nie nadaję się do życia w świecie prawa i porządku. Bawi mnie życie w świecie chaosu, zepsucia i deprawacji. Jeżeli ziściłyby się bzdury, o których mówili ci wariaci co mnie przywiązali do krzesła, to nie byłoby miejsca dla takich jak ja. Kto by chciał pomóc złodziejowi, sutenerowi czy innemu sodomicie jeżeli miałby pełny brzuch i wypchaną kabzę? A tak, konsekwentnie walcząc z systemem, musisz popierać postawy, które nadają treść memu życiu. Tak, tak, każdy buntownik jest po części sodomitą.... Siedziałem na tym krześle, więzy wpijały mi się w ciało i słuchałem tych ich bredni. Chcieli rozpętać wojnę, walkę o lepsze jutro, krwią wyrysować nowy szlak dla ludzkiej i innych ras. Byli jak małe dzieci jadące konno we mgle, którym dano do ręki bardzo dużą, żelazną procę. Było ich tu trzech mężczyzn i jeden chłopak. Każdy z nich sam w sobie nie znaczył nic, ale w kupie... Z innymi takimi jak oni... Oczywiście nadal by nic nie znaczyli. Nawet gdyby opanowali to miasto to wszyscy szlachetnie urodzeni, którzy o tym usłyszą zapomną momentalnie o swoich animozjach i ambiwalencjach i złożą się na jakiś korpusik ekspedycyjny, który nie pozostawi z tej ich mieścinki kamienia na kamieniu. Może, może gdyby zdobyli przychylność któregoś z czarnoksięskich kręgów... Tak, aby mogli zacząć równocześnie w kilku miastach... Ja osobiście sądzę, że kiedyś wydrzemy magom ich mroczne tajemnice tak by mogły służyć wszystkim bez względu na rasę i urodzenie. Oczywiście, ktoś będzie musiał tym zarządzać i trzymać w kupie, bo jak by się do tego jacyś idioci dorwali... Nie powinno się ufać głupszym od siebie i dlatego ja, na przykład, nie ufam nikomu... Kiedy wbiegł ten wyrostek i krzyknął to ich śmieszne rewolucyjne hasło wszyscy się wyluzowali i z powrotem weszli w krąg światła kaganka stojącego przede mną na stole. Wyraźnie się odprężyli, twarze rozciągnęły się im w uśmiechu. Nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że ten niższy, ze szramą na policzku, czuł autentyczną radość kiedy brał ze stołu drewnianą pałkę, ważył ją w ręku i uśmiechał się patrząc na mnie. Pewnie obmyślał linię przeprowadzenia przesłuchania. Też się do niego uśmiechnąłem. Gość zwany Prędkim warknął na wyrostka, który stał i gapił się na mnie. - Tomciu ile razy ci mówiłem, że masz pukać. Ha? - Przepraszam, tato... - Przepraszam- sraszam... Tylko przepraszasz, a nic ze sobą nie robisz. Dlaczego jesteś nie ubrany? Gdzie kurtka? Gdzie czapka? - Mama sprzedała kurtkę, żeby mieć na trumienkę dla Basi. A czapeczkę dałem rodzinie Burego. Baron wygonił ich z domu i zabrał im wszystko, nawet ubrania. Ludzie się składali i każdy im coś dał. Przede wszystkim czapki i szaliki. - No tak, tak... A lekcje odrobiłeś? - Sam powiedziałeś, że mam olewać burżujską szkołę Barona. - Nie denerwuj ojca. Mówiłem o praktyce u masarza. - Nie mogłem. Masarz już nas nie lubi. Usłyszał jakie mamy zdanie na temat własności prywatnej i powiedział mi, że jeżeli tak lubimy się bez niej obywać, to on w zasadzie może nam pomóc i powiedział jeszcze... - Dość!- Prędki pomyślał trochę. Podczas tej wymiany zdań wszyscy się uciszyli i ciekawie popatrywali na te rodzinne przepychanki. Facet z pałką mrugnął do mnie i szepnął "dzieci, ach te dzieci". Znowu się do niego uśmiechnąłem. Też lubię młodych, rezolutnych ludzi. Prędki jakby się namyślił. - No dobrze, Tomciu. Nie możesz pracować u masarza... To faktycznie wbrew naszej etyce. Poćwiczysz na nim- wskazał palcem na mnie. - Na nim? - Na nim. I tak musimy go przesłuchać. Zrobimy więc tak- poćwiczysz sobie spuszczanie krwi, a potem ćwiartowanie, a my w tym czasie będziemy zadawać pytania. - Ale ja jeszcze nie robiłem koszernego- zaprotestował młodzik. - Nie bój się. Pamiętasz jak to robili z tą świnią, co ją Cze podprowadził Baronowi? Zrób tak samo. Tylko przynieś wiadro. Chłopak, nagle uwierzywszy w swe siły przytaknął energicznie głową i wyrwał do drzwi. Kiedy się z hukiem za nim zamknęły, Prędki odwrócił się i otarł łzę z oka. - Mój chłopak- rzekł z dumą. Potem podszedł do stołu, wziął groźnie wyglądające szczypce i pogwizdując zaczął je podgrzewać przy kominku. Ja tymczasem dostałem na próbę pałką po plecach. Gdzieś na zewnątrz wył pies. Ja krzyczałem głośniej.
![]() Wielki Ciotownik obudził się z długiego snu w jaki zapadał gdy zdarzyło mu się spożyć nadmierne ilości ambrozji. Beknął, albowiem trunek zaprawiony był obficie siarką. Sam zarządził wzbogacanie ambrozji tym pierwiastkiem gdyż, jak twierdził, pasuje to do jego demonicznej natury. Faktem było jednakże, że co by nie mówić- smakowało paskudnie, a kac po tym był w samej rzeczy demoniczny. Z wielkiej misy stojącej po jego prawicy wziął małpkę kapucynkę i odgryzł jej głowę. Żując swój ulubiony przysmak za pomocą będących częścią jego boskiej natury zaklęć i innych magicznych trików przeprowadził szybka lustracje swoich włości. Nie spodobało mu się to co zobaczył. Wszędzie widział ślady knowań swojej siostry. Prychnął ze złością. Ciota nie była w połowie tak potężna jak on, ale była dwa razy bardziej złośliwa, a poza tym charakteryzowała się czysto kobiecą konsekwencją w forsowaniu własnych wizji i planów. A z uwagi na boskie pochodzenie cecha ta przybrała u niej miary iście patologiczne. - Głupia socjopatka- warknął WC patrząc na jednego ze swych miłych siedzącego ze skrępowanymi rękami na krześle w jakiejś zasmrodzonej dziurze w Sivonie - mieście gdzie dużo się działo, a jeszcze więcej miało niebawem stać. Pstryknął dwoma ze swych trzydziestu siedmiu palców. Natychmiast zjawili się nefilimi. Jednego zjadł co przypomniało reszcie o ich obowiązkach- ilość nawozu w czternastej kadzielnicy po prawej stronie zmalała w sposób nieprzyzwoity wręcz, jeżeli wziąć pod uwagę, że działo się to w dworzyszczu bóstwa (o czym nigdy, przenigdy nie zapominajcie!). Reszta stłoczyła się wokół jego tronu słuchając jak wydawał polecenia. Kiedy skończył rozpierzchli się jakby ich nigdy nie było (co nie do końca mija się z prawdą). Wielki Ciotownik zrobił tego dnia jeszcze tylko dwie rzeczy warte wzmianki: podpalił koszary i zrzucił do Sivonu mały pierścionek. Taki malutki... Z taniego, czarnego srebra.
![]() Odzyskałem przytomność siedząc na tym samym krześle, na którym zemdlałem. W piwnicy było dużo więcej osób niż poprzednio. Trzej, którzy mnie zaczęli męczyć stali sobie razem z dwoma innymi i rozmawiali o wyścigach kogutów. Młodzik ćwiczył na drewnianym manekinie cięcie w tętnicę szyjną- żyłem tylko dlatego, że jako masarz był beznadziejny i ani razu nie trafił. W końcu jego ojciec się zdenerwował i kazał mu nie robić sobie więcej wstydu. Mały stał więc z tyłu zły i naburmuszony patrząc jak oni metodycznie zamieniają mnie w kupkę materii organicznej. Zdaje się, że wyrostek obwiniał mnie za wszelkie upokorzenia, które go spotkały. Dzieciaki... Próbowałem im powiedzieć, że nic nie wiem na temat ich spisków, rewolucji czy czegokolwiek innego o czym oni myśleli, że ja to wiem. Nie docierało. Typowa dla rewolucjonistów choroba- paranoja. Wydaje się im, że wszyscy interesują się ich zabawą. Z innej strony- tak naprawdę wyglądało na to, że nie zależy im na moich odpowiedziach. Chcieli sobie trochę potrenować zanim zabiorą się za ludzi barona. Potem zemdlałem. A teraz się ocknąłem, ociekałem wodą, a gość, który stał przede mną pytał się mnie o coś. O moje imię. - Likos- powiedziałem słabo.- Przecież mówiłem... - Jak? - Lokis... Ile razy mam powtarzać... - Powiedziałeś: "Likos" - Ja? - Ty. - Kiedy? - Przed chwilą. - Nie, powiedziałem: "Lokis". - Chcesz powiedzieć, że jestem głupi i nie rozumiem co się do mnie mówi?! - Nie, chcę tylko... - A gówno mnie obchodzi czego chcesz! Masz odpowiadać na pytania, rozumiesz? - Rozumiem. - Tak albo nie! Masz odpowiadać "tak" albo "nie". Rozumiesz? - Tak. - I dodawać "towarzyszu". - Tak towarzyszu. - No, lepiej. Więc, jeszcze raz, jak masz na imię. - .... - Odpowiadaj. - Tak, towarzyszu. - Co tak? - Tak, towarzyszu. - Więc dobrze. Jeżeli nie powiesz jak masz na imię w ciągu pięciu sekund to cię tu zaraz tym nożem zabiję. - Miałem mówić tylko tak albo nie, więc nie mogłem się dostosować do polecenie towarzysza, towarzyszu. Na imię mam Lokis towarzyszu, a jeżeli powiedziałem Likos, to była to literówka, nie chciałem towarzysza wprowadzać w błąd towarzyszu. - No, w końcu do czegoś dochodzimy. To jest rewolucja, rozumiesz? Nie gra w dwa ognie. A informacja to podstawa na każdej wojnie. Musimy być dokładni. I ostrożni... - Lokis, powiedziałeś?! Nagle przyjrzał mi się dokładniej. Sprawdził moje ślepe oko i spiczaste uszka. "Elf..." mruknął pod nosem. Przysunął sobie krzesło i usiadł na nim, tyłem do przodu, głowę kładąc na oparciu, a ręce splatając pod brodą. - Lokis, tak? Półślepy elf? No, no... A zaśpiewaj nam coś, elfie... Chyba zgłupieli. Przecież ja zupełnie nie mam głosu. - Nie wiem czy potrafię. Poza tym warunki...- Facet przede mną wyciągnął nóż i uważnie sprawdził czy klinga jest ostra. - W porządku, w porządku... - Nieeeenawidzeeeeee...! Nawet się wciągnąłem w to śpiewanie, ale mi przerwano. Wszyscy patrzeli na mnie z obrzydzeniem. - Nie dość, że paskudnie brzydki to jeszcze śpiewać nie umie- skonstatował jeden z uprzejmiaczków. - No, takich elfów to się raczej nie spotyka- powoli stwierdził ten przede mną. - Bo ja jestem jedyny swoim rodzaju- syknąłem przez obite usta. - Tak, tak. A Łucję znasz?- zapytał mnie nagle uważnie mi się przyglądając. Serce mi stanęło, a potem ruszyło z kopyta. Jeżeli ją dostali... Co jej zrobili. Ci ludzie byli jak zwierzęta. Biedna samotna Łucja. W łapach tych zdeprawowanych patologicznych sadystów. A co gorsza, jeżeli jej się to podobało? Jeżeli byli lepsi ode mnie? Nie oszukujmy się, kobiety lubią być gwałcone. Mogą wtedy całą winę zwalić na mężczyznę. Mają wymówkę. A ona na pewno mnie zdradzała z tymi... Niech no tylko ja ją dopadnę. - Znam. Co z nią? Jeżeli zrobiliście jej krzywdę to pożałujecie. Gorzko. - Nie zrobiliśmy. W rzeczy samej, to moja... przyjaciółka- powiedział i ciężko popatrzał mi w oczy. - Nie wie, że tu jesteś. Nie będzie widziała, jeżeli prosto stąd pojedziesz do lasku za murami, a potem półtora metra w dół. Osobiście uważam, że byłoby to dobre rozwiązanie. Mam tu na myśli także osobę Łucji, która wykazuje nieuzasadnione przywiązanie do twej osoby. Kiedyś bardziej się szanowała. Nie mniej... Zbliżają się ciężkie czasy. Potrzebujemy ludzi, którzy będą walczyć razem z nami. Nie obchodzi mnie to czy będziesz walczył dla idei czy dla pieniędzy. Mogę ci zaoferować i jedno i drugie. Nie obchodzi mnie to, czy mnie polubisz. Obchodzi mnie to czy mnie nie zdradzisz i nie sprzedasz czarnym. - Acha. A dlaczego ja? - Nie dlatego, że jesteś wyjątkowy. Bynajmniej. Ale ponoć potrafisz walczyć i jakoś dajesz sobie radę. A poza tym dlatego, że mam dług wobec Łucji, a jedyne co mogę zrobić w tej sytuacji poza zabiciem cię, to cię wynająć. - Rozumiem, że mam wybór... - Masz- powiedział i uśmiechnął się, choć jego oczy nadal były zimne jak lód. Bawił się nożem. Jeden z jego ludzi podszedł do nas. - Skończmy z nim, towarzyszu Cze! - Nie wtrącaj się, jak cię nie proszą. Zostaw mądrzejszym planowanie rewolucji. Pamiętaj, że zawsze mogę cię zesłać na front wschodni...- Cze obrócił się do mnie- Frontem wschodnim nazywamy wschodni pas murów, koło lazaretu i latryn. - Latryn? - Baron postawił latryny i zagroził drakońskimi karami za defekację w mieście poza nimi. Drakońska jest też opłata za skorzystanie z latryn. Ciężkie czasy. - Ciężkie- zgodziłem się z nim.- A co byłoby jakbym po prostu odszedł. I nie wrócił. - Nie widzę takiej możliwości. Albo z nami, albo przeciwko nam. - A jeżeli powiem, że jestem z wami, a potem czmychnę? - Nie zrobisz tego. - A niby dlaczego? - Znasz Łucję. Na razie kocha cię, na swój sposób, i podziwia. Ale jeżeli wywiniesz taki numer... Wiesz, że nigdy by ci tego nie wybaczyła. Ona jest związana z tym miastem. Ludźmi. Ze mną. To nie jest dla niej jak splunąć, kiedy umierają w nędzy coraz to kolejni bliscy. Poza tym, mówiłem żę ci zapłacę. Ostatnio nie szło ci chyba najlepiej...- mówiąc to popatrzał na mnie z obrzydzeniem. Zamyśliłem się. Faktycznie, gość znał mnie chyba lepiej niż ja. W zasadzie i tak mieliśmy z Łucją zacząć małą lokalną wojnę typu "my przeciwko systemowi". Teraz mamy po swej stronie zorganizowana grupkę zbrojnych ludzi. Wariatów i pomyleńców, ale jednak. Znają ludzi, znają miasto. Miało to ręce i nogi, a na dodatek chcą mi zapłacić. - Zgoda- powiedziałem- Podał bym ci rękę, ale sam rozumiesz...- Popatrzał na mnie przez chwilę, po czym westchnął i kazał swoim aby mnie rozwiązali. Kiedy próbowałem wstać ziemia zakołysała mi się przed oczami i upadłem na klepisko. Nieźle mnie załatwili. Ktoś mnie podniósł i posadził na krześle. Wlano mi do gardła coś co z pewnością było ściągniętym od jakiegoś nieostrożnego maga ogniem w płynie. Trochę pomogło. Potem przyniesiono mi jedzenie. Świat zaczął wyglądać nieco lepiej. Rozmowa szła o tym i o owym, aż w końcu Cze zadecydował, że wypocząłem na tyle, że dam rade iść o własnych siłach. Miałem nadzieję, że się nie mylił. Wszyscy zaczęli sposobić się do wyjścia. Wymykali się parami w dłuższych odstępach podczas gdy ja i Cze siedzieliśmy nad cebrzykiem piwa i leniwie wymienialiśmy poglądy na temat religii i najnowszych prądów w sztuce. W końcu zostaliśmy sami. - Gdzie jest Łucja- zapytałem. - W bezpiecznym miejscu- odpowiedział Cze patrząc na mnie z niechęcią. - W to jestem skłonny uwierzyć. Widzę że się nią bardzo opiekujesz. - Staram się. - Zazdrośnik. - Bynajmniej. Byłem pierwszy. - A to coś nowego. - Ty jesteś coś nowego. Ja jestem stara baśń. - Przeminęło z wiatrem? - Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki... - Nie mniej, okruchy pamięci... - Taaa... Non omnis moriar. - Ale wiesz, jest cienka czerwona linia... - Nie mam zamiaru pakować się w niebezpieczne związki. - I słusznie. Umiar zdobi młodzieńca. - Rozsądek to mój kapitał. Tak się przekomarzaliśmy. Niby zwykła gadka, ale jednak. Wychodziło na to, że jeżeli coś między nimi było, to się skończyło. Nie mniej lepiej było uważać. Sprawił na mnie wrażenie osoby, która jest w stanie odłożyć na bok swe prywatne pragnienia i ciągoty na rzecz całkowitego poświęcenia się Sprawie. Wariat. W sam raz na szefa ruchu oporu i męczennika. Kiedyś. Prędzej czy później, ale nieuchronnie. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. - Pali się! Ktoś podpalił koszary- krzyknął Prędki. - Cholera. Cholera, cholera, cholera jasna!!! Za wcześnie, wszystko trafi cholera i szlag! Co za idiota... Trzeba wiać. Zrywamy się, szybko- to ostatnie Cze krzyknął do mnie. - Ukryjemy się póki nie przycichnie, ale teraz to już chyba nie przycichnie- mówił do mnie kiedy darliśmy przez Sivon wśród rosnącego tumultu. Tłum wyległ na ulice, chaos opanował miasto, ale kwestią minut było kiedy pojawią się regularne oddziały wojska. Najwyraźniej znalazłem się w samym środku całkiem miłego powstania. W pewnej chwili potknąłem się i upadłem. Zaryłem twarzą w podłoże, przeturlałem się kawałek. Cze pomógł mi się podnieść, ale kiedy wstawałem zmacałem na ziemi jakiś przedmiot, nie patrząc co to jest wsunąłem go do kieszeni. Pobiegliśmy dalej. Cze prowadził mnie nieznanymi mi uliczkami i zaułkami. Z oddali słyszeliśmy odgłosy trąbek i rżenie koni. Wojsko było już na ulicach. Przede mną zamajaczyły drzwi gospody, w której zatrzymałem się zanim mnie z niej wyciągnęli ci pomyleni spiskowcy. Ktoś otworzył drzwi, ktoś poprowadził w głąb, na zaplecze. Kredens odsunięty był od ściany, pod nim ziała czarna dziura, w która wskoczył Cze, a mnie wepchnięto za nim. Ktoś zamknął za nami klapę i zostaliśmy ciężko dysząc wśród kompletnej ciemności. Ostatnio bardzo zaniedbałem swoją kondycję. Po chwili ktoś zapalił kaganek. W ciemności rozpoznałem twarz jednego z moich niedoszłych oprawców. Obok niego stała Łucja. Uściskałem ją mocno, a ona wtuliła twarz w moją pierś. - Bałam się o ciebie. - Dziecinko, przecież wiesz, że potrafię o siebie zadbać- powiedziałem miękkim głosem i zemdlałem. Ocknąłem się w kolejnej w tym dniu piwnicy. Odmianą było to, że leżałem pod czystym kocem, nikt mnie nie chciał bić, a co najważniejsze Łucja siedziała obok mnie i wycierała mi czoło mokrą szmatą. Na środku pokoju stał stół, a przy nim siedziało parunastu mężczyzn i dwie kobiety. - Powtarzam, nikt nic nie wie. W zasadzie wszyscy mówią o jednym- w spokojny, letni dzień z nieba uderzył piorun i podpalił koszary. Widziało to wiele osób, w tym ja...- mówił Prędki. - Prędki, ciebie naprawdę powaliło od tych korzeni. Widziałeś dziś niebo?- gniewnie zapytał łysol z przepaską na oczach. - Widziałem. - I jaki miało kolor. - Niebieski. - A widziałeś kiedyś grom z takiego nieba? - Widziałem. Dzisiaj. Fakt, że po raz pierwszy, ale widziałem. I powtarzam, widziało wielu innych... - Prędki, jaja se robisz, czy masz nas za idiotów! Dowcipas, kurde jego jaja mielone!- Łysy najwyraźniej szybko się wkurzał. - Spokój- Cze zmarszczył czoło- załóżmy, że to co mówi Prędki jest prawdą. Nie obchodzi mnie jak to zostało zrobione- zripostował gniewny odruch łysego- obchodzi mnie jak to wyglądało. Jeżeli w mieście strzela grom z jasnego nieba, to należy założyć udział sił... nadnaturalnych. A? A co to nam przypomina? - .... - .... - .... - No tak... Znowu muszę myśleć za wszystkich. To nam przypomina zabawy panów w spiczastych kapturkach. - Ale czego Krąg może chcieć od Barona?- zapytał Prędki. - Nie koniecznie Krąg. To może być Kwadrat, Trójkąt albo te świry z Dwunastościanu Foremnego. Albo niezrzeszeni. Albo ci ze związków. Nieważne. Baron i tak pomyśli, że to sprawka tych z Bolsa. - Lazarius...- powiedziała szczupła pół- elfka w szarum kubraczku. - I Mruk. - I wykiwani bonzowie z Rady. - To ma ręce i nogi. Baron ostatnio źle żył z Mrukiem. Mruk wygnał z Bolsa Lazariusa dzięki któremu doszedł do władzy. Nikt nie wie o co poszło, ale musiało pójść o coś dużego, bo bez kasy Barona to Mruk może sobie najwyżej w nosie podłubać. - Ale tylko w jednej dziurce. - Ma kasę Lazariusa- ktoś zaprotestował. - Wyda i się skończy. Bez układów Barona i Lazariusa... - Może sobie podłubać... - Właśnie. - Właśnie. Załóżmy, że Diuk Mruk poszukał poparcia u ludzi z Rady, których kiedyś wykiwał... A ze tego co było ongiś słychać, co najmniej trzech z nich to magicy pierwszej wody.. - I że postanowił pójść na całość... Łysy, który od jakiegoś czasu gniewnie bawił się nożem nie wytrzymał. - Przypuszczenia, bajki i legendy. Jakie to ma znaczenie... Wierzycie w to co mówicie? - Nie ma znaczenia w co wierzymy- powiedział Cze- znaczenie ma w co uwierzy Baron. A jeżeli uwierzy, że zagrożenie czyha od strony Bolsa, to przez chwilę jego Oko nie będzie patrzało na jego własny plac zabaw. - A to dobre...- powiedziałem. Wszyscy na mnie spojrzeli. Ale Cze powtórzył- - Tak... W samej rzeczy. Dobre. Potem zaczęła się dyskusja nad wykorzystaniem całego tego zamieszania. Do miasta miał przyjechać jakiś dostojnik, ktoś na kogo poparciu Baronowi strasznie zależało. Kumple Cze nie mówili głośno jego imienia (i jak się domyślałem to ja byłem powodem, dla którego woleli gadać szyfrem), ale z pewnością był to ktoś z kim nierozerwalnie związana była kariera Barona. Skąpy za zwyczaj włodyka postanowił zorganizować dwutygodniowe bachanalia: występy trubadurów, turnieje, kobiece zapasy w błocie ("no, to chyba nikt z Kurii" powiedziała Łucja, ale ją wszyscy wyśmiali. Moje naiwne biedactwo). A wszystko miało zacząć się od jarmarku, największego jaki miasto widziało. Na tą okazję Baron zniósł cło wwozowe na większość towarów, a na inne znacznie obniżył, tak że ponoć wozy sznurem podjeżdżały już pod gród. Oprócz czarnej milicji Baron powołał pod broń dwie setki wojska, wszyscy oni mieli pilnować porządku i bezpieczeństwa. Ogólnie, miało być wystawnie, hucznie i dochodowo. A my bardzo, bardzo chcieliśmy mu to spieprzyć. Rozmowy trwały do rana. W końcu znużony postanowiłem udać się na spoczynek. Powiedziałem Łucji, aby słuchała a rano mi wszystko opowiedziała. Kiedy zasypiałem poszukałem w kieszeni przedmiotu, który znalazłem podczas ucieczki przez miasto. Pierścień. Srebrny, tani pierścień. Miał w sobie coś miłego. Wsunąłem go na palec i zasnąłem.
|
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |